Archiwum dla Kwiecień 2010

Zapraszamy na konferencję naukową z udziałem dra Paula Camerona w Warszawie!

Kwiecień 27, 2010

Zablokowana prze Władze Uniwersytetu Warszawskiego konferencja naukowa „Homoseksualizm jako ruch społeczny i jego konsekwencje” jednak się odbędzie.

Już jutro 28 kwietnia (środa) godz. 19:00 Hotel Harenda ul. Krakowskie Przedmieście 4/6, Sala Konferencyjna „Waniliowa”.

Przyjdź i usłysz prawdę, której boją się władze UW!

Demonstracja przeciwko łamaniu wolności badań naukowych i propagowaniu homoseksualizmu na UW

Kwiecień 25, 2010

26 kwietnia (poniedziałek), 11:00-13:00

Ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, pod bramą główną Uniwersytetu Warszawskiego.

Serdecznie zapraszamy Wszystkich, którzy sprzeciwiają się łamaniu wolności badań naukowych i promocji homoseksualizmu na Uniwersytecie Warszawskim na demonstrację.

W związku z oburzającą decyzją Władz Uniwersytetu Warszawskiej, które odwołały międzynarodową konferencję naukową „Homoseksualizm jako ruch społeczny i jego konsekwencje” z udziałem m.in. dr Paula Camerona (miała się ona odbyć w dniu 20 kwietnia br. na Uniwersytecie Warszawskim) chcemy wyrazić głębokie sprzeciw wobec dyskryminacji, jakiej dopuściły się Władze UW.

Jesteśmy zbulwersowani faktem, iż Uniwersytet, który powinien stać na straży wolności badań naukowych, hamuje wszelką działalność studencką jak i jakikolwiek głos naukowy sprzeciwiający się homoseksualnej propagandzie, z drugiej strony natomiast zajmuje się propagandą i promocją działalności środowisk gejowskich. W ten sposób Uniwersytet Warszawski przestaje być ośrodkiem badań naukowych, a staje się rzecznikiem i promotorem jednej z grup społecznego nacisku i manipulacji.

Podjęta przez Władze Uczelni decyzja, jawnie blokująca inicjatywy i działalność studencką, przypomina nam lata komunizmu, kiedy to można było się wypowiadać wyłącznie zgodnie z daną opcją polityczną. Dzisiaj mamy przykład powrotu do tamtych czasów, kiedy Władze Uniwersytetu Warszawskiego pozwalają studentom działać, ale tylko zgodnie z tym, co dyktuje homoseksualna propaganda.

Dlatego też Wszyscy spotkajmy się, już w najbliższy poniedziałek 26 kwietnia br. o godzinie 11.00 pod bramą główną Uniwersytetu Warszawskiego (ul. Krakowskie Przedmieście 26/28) by wspólnie walczyć o wolność badań naukowych oraz zademonstrować sprzeciw społeczny wobec dyskryminujących decyzji Władz Uczelni i promocji homoseksualizmu na Uniwersytecie Warszawskim.

Niech nikogo nie zabraknie. Do zobaczenia!

Organizatorzy:

– Studencki Komitet Na Rzecz Wolności Badań Naukowych
– Krucjata – Młodzi w Życiu Publicznym

Tragedia w Smoleńsku

Kwiecień 16, 2010

Tragedia w Smoleńsku ma wiele wymiarów – ogólnoludzki, bo zginęła wielka liczba osób, polityczny – bo na krótki czas sparaliżowała działania państwa, narodowy – bo wywołała mnogą ilość na co dzień niespotykanych postaw, praktyczny – bo pozbawia nas możliwości odbierania przekazów artykułowanych przez tych, którzy tragicznie zginęli, symboliczny – bo potwierdziła się tragiczna metafizyka Katynia (acz zaznaczę, iż porównywanie wydarzeń sprzed 70 lat z tym, które nastąpiły teraz uważam za niestosowne).

Pod wieloma względami katastrofa lotnicza w Smoleńsku jest wyjątkowa. Nigdy, nawet podczas wojny, nie zginęło tak dużo ludzi dla państwa ważnych. Śmierć prawie każdego z nich byłaby głośnym wydarzeniem, a tymczasem nastąpiła wręcz horrendalna kumulacja śmiertelnych żniw. Z jednej strony politycy – ci, na których ludzie głosowali, z drugiej – wybitni specjaliści, których umiejętności nie sprawdzał lud, ale inni wybitni specjaliści – profesjonaliści w każdym calu – dowódcy Wojska Polskiego, z trzeciej strony – osoby niezwykle zasłużone, depozytariusze pewnego etosu, nieraz – poprzez historyczną rolę, którą spełnili – wręcz symboliczni (obok Anny Walentynowicz, bohaterki „Solidarności” warto wspomnieć tu Ryszarda Kaczorowskiego; gdy temu ostatniemu proponowano posadę w ministerstwie odmówił tłumacząc, że się na tym zupełnie nie zna – w III RP postawa zupełnie niespotykana…).

Przez pewien czas dywagowałem ze znajomymi, czy mówienie o tej katastrofie w mediach, przeprowadzanie wywiadów ma sens, czy nie lepiej byłoby puścić muzykę i oddać się refleksji. Mówić bowiem można o nowym programie rządu; deliberowanie o tej skali tragedii ma średni sens.

Dylemat ten pozostał nierozstrzygnięty. Od początku pewny byłem natomiast, że zadawanie kilka godzin po żałobie pytań o termin wyborów czy przeprowadzanie geopolitycznych analiz jest niestosowne. Bo jak połączyć enuncjacje, z których wynikało, że to przede wszystkim tragedia w wymiarze ogólnoludzkim z redukowaniem roli ofiar do mechanicznego zarządzania państwem?

Nieraz spotkałem się z opiniami o rzekomo przesadnej rozpaczy, którą epatują „wszyscy dookoła”. Reagowałem irytacją. Po pierwsze, jak zmierzyć „przesadność” rozpaczy? Czy jeśli mówi się o niej 24 godziny dziennie to jest „przesadna”, a jeżeli jedynie 20 – już nie? Ponadto, czy należało jakoś odgórnie tłumić rozpacz społeczeństwa, by nie była „przesadna”? Jedno jest pewne – jeśli kiedyś rozpacz ma prawo być „przesadna”, to właśnie teraz.

Dla mnie tragiczna, lecz – jednocześnie – wzniosła atmosfera jaką dało się wyczuć w Warszawie od godzin przedpołudniowych 10 kwietnia miała w sobie jakąś niesamowitą metafizykę, pierwszy raz od bardzo dawna zobaczyłem Polaków jako naród. Symbolika zapalonych zniczy stojących koło biało-czerwonych flag jest tragiczna, lecz – z drugiej strony – pozwala dostrzec nieobecny, wydawałoby się, w dyskursie patriotyzm.

Uważam, że osoby krytykujące swój naród za wyrażanie rozpaczy w podobny sposób to kolejni orędownicy ideologii „nowych autostrad i ciepłej wody w kranie”, dla których symbolika, metafizyka czy odczuwanie narodowe są tylko piątym kołem u wozu, zbędnym przeżytkiem. Oni najchętniej – jak śpiewa Andrzej Kołakowski – „leczyliby pamięć ze stresu”.

Można też wśród nich odnaleźć osobników, którzy w każdej, nawet najtragiczniejszej sytuacji, chcieliby być oryginalniejsi od innych. Zawsze pragną, by to na nich zwrócony był wzrok gawiedzi. Pozwalają sobie na pokazówkę polegającą na chodzeniu „pod prąd” nawet wówczas, gdy jest to niestosowne, a sposób odbierania danego wydarzenia ma charakter uniwersalny. Reagują ekwilibrystyką intelektualną czy też ironią, bo przecież zwykła łza czy smutek byłby zbyt patetyczne i trywialne. Płakać to może starsza pani z wioski, ale nie oni – gwiazdy towarzyskiej estrady.

Pominę rozmaitych cmentarnych pijaków, którzy w dzień tragedii poszli na imprezy. O ile z wyżej wymienionymi można dyskutować, o tyle pewne zachowania tak bardzo odbiegają od kanonu, powszechnie przyjętego i uznawanego systemu wartości, że polemika z nimi wydaje się niemożliwa.

Atmosfera po tragedii ujawniła lub też – pomogła znowu dostrzec wiele cech obecnych zarówno w narodzie jak i w debacie publicznej.

Po pierwsze, nadmiar mocnych słów, które padają na co dzień. Przez to po tragedii niewiele odnaleziono pojęć adekwatnych do sytuacji. Niemal wszystkie słyszeliśmy po zdarzeniach znacznie niższej rangi.

Po drugie, permanentne ekstrapolowanie opinii dotyczących posunięć politycznych na całego człowieka. Osobiście jestem w stanie zgodzić się na taki zabieg, gdy mówi się np. o komuniście. Uważam, że działania reprezentantów tej ideologii są obiektywnie szkodliwe i świadczą o niskich kwalifikacjach moralnych. Jednak poza takim ekstremum toczy się dyskusja, w której obok poglądów przedmiotem oceny powinna być również głębia refleksji, maniery czy inteligencja.

Tylko takie podejście może zmienić wojnę totalną w świat polemiki.

Przedmiotem mojej refleksji było też swoiste wartościowanie zmarłych. W jednej z rozmów, którą odbyłem po tragedii usłyszałem, że moje wartościujące zmarłych wypowiedzi są niestosowne, a sam mój polemista stwierdził, że żałuje wszystkich „tak samo” i „także Gosiewskiego”. Poza tym, że w tej wypowiedzi sam nieświadomie przyznał się do wartościowania, to – w moim głębokim przeświadczeniu – po pierwsze, przeczył naturalnemu ludzkiemu odruchowi polegającemu na tym, że jednych żałuje się bardziej a innych mniej, zaś po drugie – równie nieświadomie niesprawiedliwie potraktował tych spośród zmarłych, którzy byli bardziej zasłużeni. Zrównał ich bowiem z tymi, którzy tak bardzo doniośli nie byli.

Polemika polemiką, najważniejsze by zelżała kłótnia a temperatura walki opadła. Kto był kilka dni temu pod Pałacem Prezydenckim, może mieć nadzieję, że tak się stanie.

Jacek Tomczak

O zakazach palenia

Kwiecień 9, 2010

Trzy lata temu, gdy byłem w Holandii, moją uwagę zwrócił fakt wszechobecności marihuany połączony z silną propagandą antynikotynową. Potwierdza to obawę Vaclava Klausa, który – przedstawiając wizję państwa, do której stoi w opozycji – wspomniał, że w państwie takim „palenie będzie zabronione, a narkotyki będą tolerowane”.
Przechodząc przez część Amsterdamu można doznać niewielkich zawrotów głowy, gdyż wszędzie unosi się charakterystyczna woń marihuany; siadając w większości z tamtejszych knajp obok rozmaitych przystawek i dań głównych można dostrzec w karcie różne rodzaje tego narkotyku. Jednocześnie na paczkach papierosów widnieją zdjęcia palacza podczas operacji, z uwypuklonymi szczegółami.
Również w Anglii całkowity zakaz palenia tytoniu w lokalach koresponduje z dość dużą ilością starszych panów, którzy palą „blanty” w centrum miasta.
Wydaje się, że taka a nie inna polityka władz państwowych może wynikać z chęci inżynieryjnego konstruowania nowej rzeczywistości, w której papierosy, które legalne były „od zawsze” zostaną zastąpione przez narkotyki, niosące ze sobą elementy nowatorskie i przez to bardziej oddziaływujące na zmianę istniejącej kultury.
Choć nasilenie walki z paleniem tytoniu nastąpiło niedawno sam pomysł nie jest nowy. Niezwykle zasłużony dla walki z tytoniem był Adolf Hitler. W nazistowskich Niemczech masowo organizowano wykłady o szkodliwości palenia, rozklejano antynikotynowe plakaty, horrendalnie podwyższono opodatkowanie papierosów, zakazano palenia w wielkiej liczbie miejsc, a także znacznie ograniczono możliwość reklamowania wyrobów tytoniowych.
Przypomnienie niechlubnych korzeni walki z tytoniem nie wiąże się jedynie z wywołaniem prostego skojarzenia „zakaz palenia = Hitler”. Kampanie antynikotynowe w III Rzeszy nie były bowiem jedynie przypadkowym zbiegiem okoliczności, a wynikały z samej istoty państwa dbającego o czystość rasy, jej żywotność i zdrowie. Co jeszcze bardziej znaczące, wpisywały się w socjalistyczną logikę, która wynosi na ołtarze przekonanie, że to państwo wie lepiej od obywatela, co jest dla niego dobre. Tak jakby w strukturach państwa zasiadali jacyś „nadludzie”, a nie sami obywatele (trafnie dostrzegł to np. James Buchanan, podważając silnie zakotwiczone w umysłach ludzi przeświadczenie, że państwo dba o „interes publiczny”, a oni sami jedynie o swój egoistyczny i partykularny).

Tomasz Gabiś, rekapitulując poglądy Dave’a Hitta pisze: „Smoker is the nigger of this world, z pewnym patosem stwierdza Hitt. Rasista mówił kiedyś: „śmierdzisz czarnuchu”, antytytoniowiec mówi dzisiaj: „śmierdzisz palaczu”; do restauracji czarnuchom wstęp wzbroniony, do restauracji palaczom wstęp wzbroniony, czarnuchu przejdź na tył autobusu, palaczu nie wejdziesz do tego autobusu, czarnuchy są niebezpieczne, palacze są niebezpieczni, czarnuchów sobie nie życzymy, palaczy sobie nie życzymy, czarnuch jest głupi, palacz jest głupi – dokładnie ten sam mechanizm, taka sama, przymusowa, wprowadzona siłą państwa segregacja – był rasizm, jest „smokeryzm”. Żyjemy w kraju tyrańskich nianiek, diagnozuje Hitt, dzisiaj zajmują się palaczami, jutro zajmą się kimś innym. Nie pytaj, na kogo kiwają palcem niańki, one kiwają na ciebie. Możesz jeszcze poprosić o azyl na Kubie: tam pod dyktatorskimi rządami Fidela Castro wolno palić wszędzie, w każdym miejscu, o każdej porze dnia i nocy. Zapewne do czasu zwycięstwa demokracji“.
Zmiana funkcji kampanii antynikotynowych polega na tym, że kiedyś służyły one państwu sięgającemu do metod brutalnych i totalitarnemu w klasycznym znaczeniu tego słowa, teraz zaś są wynikiem „miękkiego despotyzmu” (jak pisał Tocqueville), przejawem owego „nowego wspaniałego świata”, który opisał Huxley. Przesłanie głoszące, że to państwo „wie lepiej” nie odeszło w przeszłość, inne są jedynie metody egzekwowania przepisów przez nie stanowionych.
Nie zmieniło się natomiast chociażby podejście do własności prywatnej, z której – choć deklaratywnie istnieje system wolnorynkowy – korzystanie jest znacznie ograniczane. Rzekomi stronnicy wolnego rynku, zazwyczaj kierowani „zdrowym rozsądkiem”, „racjonalnym podejściem” (i, przy tym, zupełnym brakiem logiki) agresywnie szermują za całkowitym zakazem palenia w prywatnych lokalach. Tak jakby ktokolwiek był zmuszany do takiego prywatnego lokalu wchodzić.
Spór dotyczący zakazu palenia wpisuje się w istniejący od bardzo dawna dylemat, zawierający się w pytaniu: czy człowiek jest nieodpowiedzialny, więc nie można mu dać wolności wyboru czy też jest nieodpowiedzialny właśnie dlatego, że tej wolności wyboru nie doświadczył?
Apologeci państwa „tyrańskich nianiek” odpowiedzą, że to pierwsze, ich adwersarze po pierwsze uznają, że człowiek tylko wtedy może stać się odpowiedzialny, gdy ma szansę popełnić błąd, zaś po drugie – dlaczego, w imię jakiej zasady mamy jednostce zabraniać szkodzenia sobie? Kto nam dał prawo arbitralnego ustanawiania, jakie szkody może sobie wyrządzić inny człowiek? Czy kolejnym krokiem będzie zakaz wychodzenia na ulice, gdyż wiąże się to z możliwością zatrucia oparami spalinowymi?

Granicą wolności jednostki przestała być wolność innej jednostki oraz istniejące od wieków prawa. Granica została na nowo wyznaczona przez współczesnych konstruktywistów i ideologów.
Omawiana kampania wpisuje się nie tylko w ideologię „państwa nianiek” (czy też, powszechniejsza terminologia, państwa opiekuńczego), ale też w logikę państwa, które Rafał Ziemkiewicz trafnie nazwał spuchniętym. Jest to państwo, które konsekwentnie ogranicza swobody obywatelskie jednostki, a jednocześnie nie potrafi radzić sobie z autentycznymi, toczącymi je kłopotami (np. korupcja). Innymi słowy, ułatwia sobie zadanie biorąc się za problemy, których rozwiązanie jest wielokroć prostsze.
Oprócz ideologicznej funkcji walki z paleniem tytoniu istnieje też wymiar pragmatyczny. Ot, np. zwolennicy zakazów argumentują, iż nie chcą płacić za leczenie chorych palaczy. Argument ten jest zarazem znamienny i nieprawdziwy. Znamienny, bo – jak mawiał Stefan Kisielewski – „socjalizm to ustrój, który znakomicie walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju”; bo ewentualna konieczność tego płacenia wynika z czegoś, co w innych sytuacjach sami zainteresowani afirmują – państwowego systemu opieki zdrowotnej. Nieprawdziwy, bo – jak wylicza Filip Palda, profesor ekonomii z Montrealu – np. w Kanadzie palacze płacą w akcyzach 10 do 20 razy więcej niż kosztuje ich leczenie.
Czy palenie tytoniu niedługo stanie się wyrazem oporu przeciwko zaborczemu i omnipotentnemu „państwu nianiek”?
Jacek Tomczak