Archiwum dla Luty 2010

Szkoła Zimowa MW

Luty 23, 2010

Młodzież Wszechpolska pragnie zaprosić do udziału w I Szkole Zimowej, dwudniowym spotkaniu formacyjnym dla młodych osób o tradycyjnych przekonaniach.W szkole mogą brać udział zarówno działacze i sympatycy MW, jak i działacze innych organizacji oraz osoby niezrzeszone.

W progamie szkoły znajdą się prelekcje wykładowców akademickich, działaczy społecznych i polityków. Odbędzie się również debata z udziałem przedstawicieli środowisk konserwatywnych i narodowych, ponadto uczestnicy wezmą udział w projekcjach filmowych i konkursie wiedzy o ruchu narodowym.

Warto nadmienić, że poprzednia letnia edycja szkoły MW została nagrodzona jako najlepsza inicjatywa narodowa w konkursie organizowanym przez serwis “Kronika Narodowa”.

Czas i miejsce:
Warszawa, 27-28.02 2010 r.
Program:
a) Wśród wykładów m.in:

Prof. A. Wielomski – Klasyczne zasady geopolityki endecko-konserwatywnej
Prof. A. Kaźmierczak –  Kształtowanie polityki finansowej państwa
Dr M. Masny – Bilans członkostwa Polski w UE
Dr D. Grabowski – Sytuacja gospodarcza Polski, perspektywy i zagrożenia
Dr M. Kawa – Naród i jego tożsamość we wspołczesnej literaturze polskiej
Dr. T. Terlikowski – Nowe wyzwania bioetyczne
Dr. M. Łuczewski – Analiza aktualnych przemian wśród młodzieży polskiej

b) Debata z udziałem przestawicieli organizacji:
“Młoda ideowa prawica w Polsce. Spór o inspiracje, dziedzictwo i strategię działania.”
c) konkurs wiedzy o ruchu narodowym

d) projekcje filmowe i dyskusje

Rekrutacja:

Limit miejsc: 30 osób. Wszystkich zainteresowanych prosimy w wypełnienie ankiety rekrutacyjnej (znajduje się poniżej):
Zgłoszenia przyjmujemy do 24.02 (środa) do północy, wynik 25.02 (czwartek) o godz. 12:00

Koszty:
Wpisowe wynosi 30 zł. Organizatorzy zapewniają nocleg, wyżywienie we własnym zakresie.

Pytania i wątpliwości:
Prosimy kierować mailem pod adres: redakcja@mw.org.pl

Formularz zgłoszeniowy

NOWY NUMER „POLITYKI NARODOWEJ”

Luty 21, 2010

Ukazał się nowy numer „Polityki Narodowej”. W piśmie m.in. ankieta na temat kondycji i perspektyw współczesnego Ruchu Narodowego – bez zbędnego historycznego nadęcia, żywi o żywych. W numerze też rozstrzygnięcie konkursu o tym jak żyć jako narodowiec poza polityką, okazuje się, że najlepsze pióro mają młodzi ludzie, niezmęczeni latami walk na korytarzach sejmowych. Znakomitym rozważaniom prof. Grotta o prawdziwej naturze sojuszu „czarnosecinnej” endecji ze Świętym Kościołem Rzymskokatolickim towarzyszą refleksje o gospodarczym programie najbardziej kontrowersyjnych z kontrowersyjnych – tym razem na tapecie „bepiści”. Pismo odkrywa też fenomen węgierskiej sceny nacjopopowej oraz utyskuje nad próbą zawłaszczenia sobie Gajcego przez tych, którzy na niego nie zasługują. Polityka Narodowa przygląda się niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii i rosyjskiej Partii Narodowo-Bolszewickiej, wiernie relacjonuje zjazd Młodzieży Wszechpolskiej w 20 rocznicę reaktywacji i z sympatią wspomina rocznicę założenia Ruchu Młodej Polski…

Benedykt XVI, Bractwo Świętego Piusa X i postmodernistyczna filozofia

Luty 19, 2010

Po cofnięciu ekskomuniki wobec Bractwa Świętego Piusa X papież Benedykt XVI stał się obiektem rozlicznych ataków.

Czytając opinie przedstawicieli różnych stron konfliktu, narosłego wokół wspomnianej kwestii nie mogłem pozostać obojętny, toteż postanowiłem popełnić kilka uwag.

Kim są lefebryści? To odłam wierzących, członków Bractwa Świętego Piusa X, ekskomunikowanych decyzją Jana Pawła II w 1988 roku. W wywiadzie udzielonym niedawno „Dużemu Formatowi”, dodatkowi do „Gazety Wyborczej”, jeden z polskich lefebrystów, występujący pod płaszczykiem anonimowości, metaforycznie zdefiniował kontestacyjne przesłanie, które stoi u podstaw ich działań i niejako je tłumaczy (cytuję z pamięci): „Współczesny Kościół katolicki jest jak spadający samolot, w którym pilot dolewa pasażerom alkoholu zamiast ich ratować”. Warto nadmienić, iż przywódca grupy, która później została ekskomunikowana z Kościoła, mimo krytycznych uwag, zaakceptował wszystkie dokumenty II Soboru Watykańskiego. Krytyka jego i członków Bractwa ustosunkowywała się raczej do określonych czynów, dla których usprawiedliwienie stanowiły soborowe dokumenty, niż do samego Soboru. Faktem jest, iż „duchem Soboru” tłumaczono dosłownie wszystkie doktrynalnie unowocześniające działania Kościoła. Reasumując, lefebryści starają się zapobiec ekspansji modernizmu w Kościele, stojąc na straży tradycji i odwiecznych prawd, którymi się on kieruje. Ich działalność jest zaś swoistą odpowiedzią na postępowanie wynikające z ustaleń II Soboru Watykańskiego.

Czytając ostatnio o karlistach, ultrakonserwatywnym, hiszpańskim (acz kładącym nacisk na regionalizm i decentralizację) ruchu ludowym trafiłem na ciekawe rozróżnienie między XIX-wiecznym hiszpańskim konserwatyzmem, a karlizmem (tradycjonalizmem) właśnie. O ile konserwatyści opowiadali się za ewolucyjnymi przemianami istniejącego systemu, sprzeciwiając się wszelkim gwałtownym przeistoczeniom, to karliści nie uznawali panującego ładu i optowali za oparciem rzeczywistości na „starym porządku”, tj. zasadach, wywiedzionych z historii, odwiecznych, a przez to konstytutywnych dla narodu. Lefebrystów porównać można do konserwatystów, uznają oni bowiem pewne elementy świata posoborowego, nie mogąc jednak przystać choćby na odprawianie mszy przodem do wiernych. Za „karlistów” uznać można zaś sedewakantystów, posuniętych w swym tradycjonalizmie tak daleko, że nie uznają żadnego „posoborowego” papieża. Napisać można, iż „na prawo od nich jest tylko ściana”.

Medialny atak na Kościół i Benedykta XVI rozpoczął się po wypowiedzi jednego z członków Bractwa – biskupa Williamsona, który – wg. powszechnych opinii medialnych – zanegował Holocaust. Pomijam fakt, iż ów biskup nigdy nie stwierdził, że Zagłada nie miała miejsca, lecz jedynie podważył istnienie komór gazowych. Nie wspomnę, że miłośnicy „wolności słowa” i orędownicy „pluralizmu”, kierowani w swej absolutyzacji zła Holocaustu badaniami, jak jeden mąż zażądali ograniczenia możliwości wyciągania określonych wniosków z tychże badań. Pominę, że biskup za swoje słowa przeprosił, a kilku członków Bractw poddało go ostrej krytyce. Nie omieszkam natomiast podkreślić, iż kwestia podejścia do Holocaustu nie jest w żadnym razie czynnikiem istotnym przy ocenie wartości biskupa, czy jego stronnictwa, a taki czy inny stosunek do Zagłady nie wchodzi w zakres nauki Kościoła. Decyzja Benedykta XVI dotyczyła zaś przywrócenia członków Bractwa Świętego Piusa X na łono Kościoła, toteż zdeterminowana była czynnikami teologicznymi.

W „Europie”, dodatku do „Dziennika” z 14 marca ukazał się tekst Gianniego Vattimo, w swojej wymowie niezwykle krytyczny wobec Bendeykta XVI. Zawierał on wiele uproszczonych, lecz popularnych sądów na temat działań papieża, czyli stanowił pomieszanie manipulacji z nietrafionymi – w moim przekonaniu – diagnozami. Jako manipulację należy potraktować fakt odniesienia się do zarzutów głoszących, iż przywrócenie biskupów Bractwa jest dowodem na antysemityzm papieża. Oczywiście, filozof, a dokładnie „jeden z najważniejszych przedstawicieli filozoficznego postmodernizmu” tego typu ataki skrytykował, lecz w świadomości albo też podświadomości czytelnika pozostanie wrażenie, że papież oskarżany jest o postawę kontr-żydowską. W rzeczywistości, w której „antysemityzm” stanowi doskonałą i skuteczną ideologiczną pałkę do biczowania politycznych przeciwników zarzut wydaje się poważny.

W poglądach Vattimo, kiedy pisze on, że „poglądy zrehabilitowanych duchownych uważa za godne potępienia” ujawnia się też charakterystyczna dla współczesnej lewicy tendencja, polegająca na odejściu od stojącego u jej ideowych podstaw relatywizmu, wyrażającego się w równouprawnieniu różnorodnych opinii i przejściu do wartościowania na modłę lewicową. Modyfikacja światopoglądowa współczesnej lewicy skłania do poczynienia analogii do przemian Fryderyka Nietzschego. Ów niemiecki filozof najpierw odrzucał istnienie wszelkiej moralności, później zaś uznawał tylko moralność, którą sam głosił. Ideologia poprawności politycznej wydaje się być zbliżona w swych założeniach – od kontestacji wszelkiej prawdy przechodzi do głoszenia prawdy lewicowej.

W tekście Vattimo widać jednak rzecz znacznie ciekawszą, a zarazem tematycznie istotniejszą, gdyż dotyczącą podejścia wpływowych, lewicowych środowisk do Kościoła. Stosunek ten streścić można w zdaniu: „jesteśmy zwolennikami Kościoła katolickiego, pod warunkiem, że będzie on coraz mniej katolicki”. Czytając teksty takie, jak ten, o którym piszę przekonuję się o wartości powiedzenia: „Boże, chroń mnie przed moimi przyjaciółmi, przed wrogami obronię się sam”. Lewicowi „przyjaciele” Kościoła są o tyle „pro-kościelni”, o ile Kościół odchodzi od tradycji chrześcijańskiej

Vattimo zarzuca Benedyktowi XVI, że ten „traktuje wiernych w sposób wyjątkowo bezwzględny”. Pośrednio krytykuję więc samą istotę religii katolickiej. Jak inaczej może bowiem traktować wiernych człowiek stojący na czele instytucji, która z założenia jest nosicielem Prawdy? Jak Vattimo wyobraża sobie traktowanie wiernych w sposób „względny”? Zapewne jako pójście na jakiś kompromis w kwestiach wiary. Jednak o ile ustępstwa można usprawiedliwić w pragmatycznych gierkach politycznych, o tyle w kwestiach wiary oznaczałyby one po prostu porzucenie części jej nieodłącznych założeń.

Kierując się podobną logiką Vattimo pisze, iż „trudno dziś znaleźć filozofa, który twierdziłby, że istnieje coś takiego jak absolutna moralność, obiektywna prawda czy prawa naturalne”. Pośrednio wymaga więc od Kościoła, instytucji, która starsza jest od owych filozofów o wieki, by zmodyfikował swe nauczanie, czyniąc je zgodnym z tym co w określonym, nieistotnym z punktu widzenia długiej historii momencie głosi grupa myślicieli. Postmodernistyczna inżynieria wkracza więc na grunt sakralny.

Podana jest przy tym w neomarksistowskim sosie, widocznym w dychotomii między „zachodnią władzą”, a „słabymi i potrzebującymi” i odrzucającym żyjące w homeostazie, wewnętrznie zrównoważone i solidarne społeczeństwo (Vattimo pisze o współczesnym Kościele: „Chcąc jednak być jeszcze jednym graczem na międzypaństwowej arenie, staje tym samym po stronie zachodniej władzy, a nie słabych i potrzebujących”).

Vattimo popada również w ciekawą, charakterystyczną dla aktywnych ostatnio krytyków decyzji Benedykta XVI sprzeczność. Otóż, optując za „dialogiem” i „ekumenizmem”, czyli otwarciem na religie, których założenia są inne niż te głoszone przez Kościół katolicki, jednocześnie sprzeciwia się przywróceniu do Kościoła grupy, akceptującej jego wszystkie dogmaty. Czyli „dialog” i „otwarcie” są dobre, o ile skutkują modyfikacją założeń, stojących u podstaw nauczania Kościoła, zwaną też liberalizacją. Przywrócenie członków Bractwa Świętego Piusa X powoduje raczej umocnienie Kościoła w swych odwiecznych założeniach doktrynalnych, jest więc krytykowane.

Postmodernistyczny filozof krytykuje też papieża za zajmowanie się kwestiami politycznymi. Zarzut ten przyjmuje postać antynomii między Benedyktem XVI, a jego poprzednikiem: „Choć papież Polak również angażował się w politykę, starał się zawsze łączyć, a nie dzielić. Jego olbrzymią zasługą było zapoczątkowanie dialogu między wielkimi religiami. Benedykt XVI porzucił dzieło swojego poprzednika. Zamiast promować ekumenizm, wygłasza mowy, które obrażają muzułmanów – podobne do tej w Ratyzbonie”. Pomijam pytanie, czy do swoistego zwieńczenia owego dialogu tudzież podsumowania „otwartości” nie doszło 11 września 2001 roku albo też w momencie, w którym pewien rabin raczył nazwać Jana Pawła II „panem papieżem”. Chodzi o dwie nieścisłości zawarte w trzech zdaniach, zapisanych przez Vattimo (nawet jak na postmodernistycznego filozofa – niezły wynik). Po pierwsze, w Ratyzbonie papież nikogo NIE obraził i radziłbym zapoznać się z tym, co powiedział, zamiast przyjmować za prawdę przefiltrowane przez media przekazy. Po drugie i najistotniejsze – to nie papież angażuje się w politykę, to raczej ta ostatnia wkracza na pola, które tradycyjnie były zagospodarowane przez Kościół. Od kiedy wypowiedź przywódcy jednej religii o innej religii jest „angażowaniem się w politykę”?

Vattimo ponadto implikuje Benedyktowi XVI, że „choć jego zdaniem największym darem Bożym jest wolna wola, odmawia człowiekowi prawa decydowania o własnym losie”. Tym samym selektywnie wybiera jedno założenie nauki Kościoła i w oparciu o nie buduje całą teorię. Zapomina przykładowo, że człowiek skażony jest grzechem pierworodnym, wskutek czego jego działania i popędy muszą być ograniczane przez restrykcyjne prawo i przepisy moralne. Ponadto, papież nie może niczego „odmówić”. On jedynie głosi pewną naukę, rolą wiernego jest zaś, właśnie w oparciu o ową „wolną wolę”, zadecydowanie, czy się do niej stosować, czy też nie.

Vattimo i jemu podobni forsują opinie, iż Kościół „otwarty” przyciąga wiernych. Potwierdzone badaniami fakty są zaś takie, iż wierni odchodzą od religii, porzucających swoje najważniejsze dogmaty. Vattimo twierdzi, że „Kościół traci wiernych, nie mogąc zrozumieć, że współcześnie prawdy etyczne nie mogą być narzucane odgórnie”. Tak więc, według niego Kościół katolicki nie traciłby wiernych, gdyby przestał być Kościołem katolickim. Gdyby odrzucił hierarchiczność, zasadę, że władza pochodzi od Boga, nie zaś od ludu i pozostałe komponenty „odgórnej” wizji ładu itd.

Niejako na otarcie łez „Europa” zamieszcza obok tekstu Vattimo artykuł Rene Girarda, francuskiego antropologa i filozofa. Broniąc papieża, twierdzi on, iż zarzut „konserwatyzmu”, wysuwany wobec Benedykta XVI jest niesłuszny. Nie zgodzę się z tym. Ten „zarzut” jest jak najbardziej słuszny (swoją drogą, „pluralizm” w „Europie” zaczyna przypominać ten z „Gazety Wyborczej”, skoro do napisania tekstu w obronie papieża zaangażowany został człowiek, który traktuje konserwatyzm jako minus). Bo Kościół z definicji jest jedną z niewielu w porewolucyjnej, wyjałowionej z wyższych wartości konsumpcyjno-demoliberalnej rzeczywistości oaz kontrrewolucji i konserwatyzmu.

Jacek Tomczak

Walentynki

Luty 15, 2010

Walentynki – „święto” mechanicznie przeniesione z Zachodu do Polski, niosące wartości implementowane z całkowicie odmiennych od naszych uwarunkować cywilizacyjnych i niewątpliwie przyczyniające się do globalnej uniformizacji – wywołały u mnie pewną ilość refleksji nie dotyczących bezpośrednio tego „święta”, lecz pewnej ideologii, której Walentynki są jedynie pokłosiem i jednym z możliwych wyrazów – ideologii konsumpcjonizmu. Jest ona o tyle ciekawa, że wartości (lub „wartości”) ją konstytuujące wpływają nie tylko na określony sposób spędzania czasu (np. robienie zakupów, weekend w centrum handlowym itp.), ale też na postawy, relacje międzyludzkie i wszelakie interakcje. Jest to więc ideologia wielokroć bardziej złożona niż mogłoby się pozornie wydawać.
W moim przekonaniu trzy cechy składające się na opisywane zjawisko to:
1/ jednolitość
2/ szybkość
3/ bezwzględny prymat materii.
Nakładają się one na siebie i zdają się równowartościowe w kreowaniu konsumpcjonizmu.
Zdumiewająca wydaje się uniwersalizacja pojmowania i dzielenia trendów na te „modne” i „niemodne”. O ile wkomponowane w nasze postrzeganie rzeczywistości poczucie estetyki istniało zawsze i samo w sobie nie może być łączone z żadną ideologią, o tyle samo oparte o ściśle skonkretyzowane i dookreślone przesłanki dzielenie trendów, które spełniają „estetyczne minimum”, tj. nie są świadectwem oczywistego deficytu poczucia gustu, na nacechowane pozytywnie i negatywnie można już łączyć z pewną ideologią. Jest to hołdowanie bardzo wyraźnemu szeregowi aspektów, które wpływają na poczucie gustu, a które narzucone są przez twórców reklam, kampanii promocyjnych i różnych innych form zachęcania do nabycia takiego a nie innego produktu. Podatni na ich propagandę ludzie nagle, gonieni „owczym pędem” zaczynają postrzegać akurat „te”, a nie inne ubrania czy elementy wyglądu za „modne”, mimo iż tak naprawdę trudno wskazać, czym miałyby się one różnić od innych ubrań czy elementów wyglądu. Ma to charakter wręcz hiper-irracjonalny, gdyż dobrowolna uniformizacja cechuje się przynajmniej dwoma aspektami, które nieobecne były w pewnych, obdarzonych podobną wrażliwością estetyczną grupach na przestrzeni historii:
1/ elementy ubioru i autokreacji nie stanowią świadomego wyrazu pewnego postrzegania świata czy też hołdowania określonym wartościom. Oczywiście, zewnętrzny obserwator może pokusić się o rozliczne konkluzje dotyczące wartości, wyznawanych przez rzesze osób ubierających się tak a nie inaczej, jednakże jest to pewne sztuczne, mechaniczne, mające ułatwić socjologiczny opis „tworzenie” kolektywu przez zewnętrzną obserwację.
2/ sam „kolektyw” nie czuje ze sobą żadnej więzi. Z punktu widzenia uczestnika „owczego pędu” inne osoby w nim partycypujące to takie same wyalienowane atomy, jak on. Innymi słowy, jeśli mielibyśmy porównać pasażerów autobusu do osób składających się na ów kolektyw, różnica stopnia więzi międzyludzkiej byłaby niedostrzegalna, widoczne byłoby natomiast zewnętrzne podobieństwo. Mamy zatem do czynienia z pewnym homogenicznym zbiorem jednostek.

Co charakterystyczne i również składające się na szereg różnic dzielących grupę uczestników „pędu konsumpcyjnego” od podobnych, również cechujących się fizycznym podobieństwem grup z przeszłości i teraźniejszości (takich grup jest multum; mnisi czy średniowieczni rycerze to ledwie ich promil), poszczególni jej członkowie na ołtarze wynoszą „oryginalność” i „bycie innym” od „szarego tłumu”. Tymczasem w tym świecącym się milionami światełek, kolorowym i pozornie różnorodnym świecie stopień uniwersalności kodu estetycznego jest wręcz niebywały.
Konsumpcjonizm i jego ekspozytury cechują się ponadto szybkością przekazu. W niecierpliwym oczekiwaniu na możliwość wypowiedzi zanika umiejętność słuchania. Tworzą się „dialogi z monologów”. Zamiast odpowiadania mamy kilka złożonych z monologów segmentów narracyjnych. Występuje deficyt rozmów, w niepamięć idzie podkreślana w Dezyderacie umiejętność wysłuchania „historii każdego człowieka”.
Kod komunikacyjny musi być szybki i prosty, musi trafić w „target”, nie może przekonać, musi „zdobyć” odbiorcę. Składa się z rozszczepionych niczym impresjonistyczne obrazy wypowiedzi-„światełek”, czyli nie cechujących się logiką, lecz mających przyciągać frazesów i sloganów. Znamienny i jednocześnie niepokojący wydaje się fakt, że to co było domeną reklam wkracza na relacje międzyludzkie. Nie maleje ilość wydawanych książek, ale postępuje wulgarność komunikacji.
Klasyczne pytanie „mieć czy być?” deklaratywnie sprawi uczestnikom „owczego pędu” dużo kłopotów, będą oni kluczyć i lawirować, mieszając się i mówiąc „tak, ale…”. Faktycznie jednak ich odpowiedź wyraża się w ich postawie. Dla wielu z nich człowiek jest tym, co ma na sobie i choćby było to mniemanie jedynie podświadome, jest w nich tak silnie zakorzenione, że przy podejmowaniu życiowych decyzji hołdują mu bez wahania.
Świat konsumpcji zapomniał o wartościach, pogrążając się w bezrefleksyjnym biegu. „Wszystko na sprzedaż, pokaż co masz…”.
Wartości wytwarzane przez pokolenia ustąpiły jałowemu „tu i teraz”. Kolorowy świat konsumpcji jest w swej głębokiej istocie niesłychanie wręcz jednowymiarowy, redukując złożoną rzeczywistość do prostego wyścigu po umożliwiające zająć przednie miejsce w wytwarzanej na bieżąco hierarchii profity.
Jakie są tego przyczyny? Czy – tak jakby chcieli kontestatorzy z lewej strony – jest to kapitalizm? Wydaje się to mocno wątpliwe. Wprawdzie ten ostatni kształtuje możliwości rozwoju wielkich domów towarowych i centrów handlowych, które stanowią swoiste „świątynie konsumpcji”, jednakże – jak się zdaje – błędem jest konkludowanie, iż pewien mechanizm gospodarczy musi zawsze prowadzić do hegemonii określonych postaw społecznych. Winny wydaje się nie kapitalizm, lecz system polityczny, który nie narzuca żadnych wartości pozwalając na zwycięstwo nihilistycznego, charakteryzującego się rozmyciem tożsamości i afirmacją konsumpcji potworka.
Czy winna jest demokratyzacja? Wydaje się, że poniekąd. Jej szermierze dopuścili do umożliwienia rzeszom ludzi partycypacji w kulturze na równych prawach, podział na kulturę niższą i wyższą uznając za archaiczny i dyskryminujący określone grupy. Przez wzgląd na powyższe, zamiast kulturalnego awansu grup, przed którymi system miał otwierać drogi i sprzyjać ich rozwojowi, mamy „równanie w dół”, równie pochyłą, polegającą na tym, że to ludzie kulturalni, w tradycyjnym społeczeństwie tworzący elitę i narzucający sprawdzone wartości masom, musieli zacząć kłaniać się szermierzom „antywartości”, by nie wypaść z dyskursu.
Czy są to konieczne efekty demokracji czy też jej wypaczenia i błędy, które należy zredukować i poprawić? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie sprowadza się do pierwszej części powyższego dylematu…

Jacek Tomczak

Wspomnienie genialnego dyletanta

Luty 12, 2010

Głośno teraz o Józefie Mackiewiczu, wybitnym pisarzu, antykomuniście par excellence, z okazji 25 – lecia jego śmierci. W cieniu niejako – i to nie tylko w związku ze wspomnianym jubileuszem – pozostaje postać jego starszego brata, Stanisława, znanego może bardziej pod pseudonimem wziętym z Kiplinga – Cat. Niesłusznie, bowiem tak genialnego pióra publicysty ze świeczką szukać nam dziś pośród tych wszystkich Żakowskich i Ziemkiewiczów, i w zasadzie tylko lekkie pióro St. Michalkiewicza naprawdę cieszy nasz wzrok podczas lektury.

Nie myślimy tu pisać noty biograficznej pisarza i publicysty, nie myślimy wymieniać tytułów jego dzieł. Każdy zainteresowany sam zacznie szukać, nasze zadanie polega na wskazaniu drogi, którą Czytelnik – jeśli zechce – podąży.

Interesują nas dwie rzeczy:

(1 ) stosunek do Piłsudskiego;

(2 ) odpolityczniona strona Cata.

I

Andrzej Micewski, publicysta i historyk zmarły niedawno, w swojej książce „W cieniu marszałka Piłsudskiego” dziwi się, że Piłsudski jest postrzegany jako zdrajca socjalizmu, a nie jako ktoś, kto z socjalizmem nic nigdy nie miał wspólnego: „Zagadnąłem o to Stanisława Mackiewicza. Otrzymałem odpowiedź, która mnie zdumiała. Mackiewicz odpowiedział mniej więcej tak: Ależ panie, ja to już dawno ogłosiłem, że Piłsudski nie był socjalistą – w mojej wydanej w czasie wojny w Londynie książce <Klucz do Piłsudskiego>.”

Zaznaczyć musimy, że piszemy powyższe i poniższe zdania z perspektywy „Klucza do Piłsudskiego”, który powstał w r. 1943, jako że choćby w artykule z maja 1926 r. „Panie Marszałku!” Cat utrzymuje, że Piłsudski jednak socjalistą był.

Mackiewicz postrzegał udział Marszałka w socjalistycznym eksperymencie jako środek i tylko środek, który prowadzi do celu mającego z socjalizmem ówczesnym nic wspólnego – do niepodległości Polski. Myślenie oryginalne, dyskusyjne, ale wcale nie bez racji, w każdym razie nie pozostawiające miejsca na milczenie i zmuszające do myślenia. Uważamy, że oprócz socjalistycznych metod nie było w Piłsudskim socjalistycznej treści przed wojną, jak i w niepodległym państwie polskim. Sam Piłsudski za socjalistę się nie miał, w rozmowie z ks. Lubomirskim po akcie 5 listopada mówi oburzony do księcia: „Ja nie jestem wcale socjalistą”.

Zostawmy jednak socjalizm, zajmijmy się „żubrem”. Mackiewicz widział Komendanta jako geniusza strategicznego, na polu walki i potem w posunięciach politycznych w niepodległym kraju. Co ciekawe nie stawał jednocześnie w opozycji do Dmowskiego, uważał go za równie genialnego i zręcznego polityka. Pisze o Dmowskim i Piłsudskim: „Gdybyż można było ich rozsunąć w czasie! Współżycie tych ludzi w jednej epoce było elementem osłabiającym Polskę”. Z artykułów i książek jego bije podziw i uczucie do Piłsudskiego, nie brakuje jednak – umiarkowanej co prawda – krytyki, np. kiedy powstaje rząd Bartla po zamachu majowym, Mackiewicz ma za złe Piłsudskiemu, że ten nie rozpędził sejmu, nie wziął władzy dyktatorskiej: „Panie Marszałku! Po cóżeś cugle swego wierzchowca dał do trzymania takiemu karłowi [Bartlowi – przyp. mój]”. W postaci Marszałka widział Cat szansę jeśli nie na monarchię, to na silne i skuteczne rządy. Po śmierci Piłsudskiego za krytykę sanacji zamknięty na krótko w Berezie.

I tu streszcza się stanowisko Cata do Dmowskiego, Piłsudskiego i ich obozów: kocha Dmowskiego, polemizuje z nacjonalizmem;  kocha Piłsudskiego, krytykuje sanację. Ale szczegółów, drogi Czytelniku, poszukasz już sam.

II

Życie prywatne Cata jesteśmy zmuszeni odtwarzać, bo o ile pisząc bardzo dużo wykładał jasno swoje poglądy polityczne i historyczne, o tyle sobą, swym życiem prywatnym zajmować się nie chciał. Pisze w liście do M. K. Pawlikowskiego, komentując swoisty ekshibicjonizm Tyrmanda: „Mnie nie stać by było na takie rozbieranie się z gaci publiczne”. Zostawił zaledwie skąpe dzienniki z lat młodości, niekompletne w dodatku, nieciekawe w ogóle – chyba że dla biografa.

Dlatego sięgnijmy do obrazów Mackiewicza odmalowanych przez stykające się z nimi osoby. Uważam za najlepszą książkę z tego tematu „Z Mackiewiczem na ty” J. Karbowskiej, recenzentki teatralnej „Słowa” o dziennikarskim pseudonimie „Eddy” (w „Słowie” miano zwyczaj posługiwania się pseudonimami; taki Wacław Zbyszewski za odstępstwo został skrytykowany przez naczelnego w rozmowie z Eddy). Posmakujmy anegdoty, którą przytacza p. Karbowska:

„Winiarnia w samym centrum miasta, bo w podziemiach na ul. Mickiewicza. Półmrok i nastrój. Grono dobranych pań i daleko mniej licznych panów – proporcje ściśle przez Mackiewicza przestrzegane. Jedna z tych pań, które szły za nim niczym warszawianki za Wieniawą, korzysta z ułamka ciszy, żeby zadać mu zaróżowione winem pytanie:

– Czy mógłby pan określić różnicę między stylem miłosnej przygody: niegdyś i dziś?

– Pochlebiam sobie, że nie sprawi mi to… – Zrywa się i wybiega w ciemność ulicy. Po chwili wraca.

– Co się stało?

– Nie słyszały panie? Naprawdę?

Zaintrygowane i spłoszone:

– Nie, nie słyszałyśmy nic a nic.

– Jak to? A klakson samochodu i zaraz potem wściekły zgrzyt opon?

– Wypadek?

– Nie. Po prostu samochód zabił kokotę.

– I pan to mówi tak spokojnie?

Mackiewicz jest w swoim żywiole. Panowie się nie liczą. Są tylko wpatrzone w niego panie.

– Ach, nie trzeba zaraz brać całego wydarzenia zbyt dosłownie. – Oczy mu błyszczą. Zniża głos i mówi sugestywnie, jakby powierzał każdej z nich pilnie strzeżoną tajemnicę: – Rozerwana woalka. Mufka na środku jezdni…

Czekają w napięciu. Fluid podniecenia okrąża stolik.

– Pamiętają panie „Damę kameliową”? Powóz, teatralna loża, odsłonięte ramiona, no i te niezapomniane kamelie.

Każda z nich ma w tej chwili odsłonięte ramiona i kamelie w zasięgu ręki.

– Pamiętamy, ale cóż z tego?

– Jak to co? To był pewien smak epoki, epoki, która odeszła. Apoteozy kokoty.

– No a dziś?

– Zabrakło powozu, przekwitły kamelie. Dziś młody człowiek wydaje pieniądze na siebie, a nie na nią.

Zniecierpliwione:

– To znaczy?

– Kupuje samochód i zabiera swoją dziewczynę na przejażdżkę za miasto.

– Jakież to smutne…

– Ale prawdziwe: kokotę zabił samochód.”

Ta dłuższa anegdotka pomaga nam uchwycić trzy rzeczy: 1) Mackiewicz to prawdziwy aktor, zwłaszcza jeśli idzie o kobiety. Zalecając się do późniejszej żony, Wandy Krahelskiej, w 1914 r. przesyła do domu dwa telegramy, świadczące o próbie samobójstwa z powodu zazdrości… o 12-latka. Wanda Mackiewiczowa będzie mu następnie miała naturalnie za złe ciągłe zainteresowanie kobietami, także p. Karbowską. 2) Mackiewicz to żywa i ciekawa narracja; posługuje się fantastycznymi anegdotkami na każdym kroku, jak gdyby miał pod ręką ich posegregowany zbiór. 3) Trzecia rzecz to dygresja: smak epoki wieku XIX, początku XX i dzisiejszej. Jak to wygląda w dwóch pierwszych okresach zgrabnie przedstawił Mackiewicz; jak jest dzisiaj – tego gorzkiego smaku naszej epoki sami próbujemy.

III

Nie będziemy dalej rozbudowywać tego i tak już niekrótkiego artykułu. Wspomniałem, że nie jest to nota biograficzna, nawet próba kompletnego przedstawienia poglądów Cata – brak tu tak ważnych kwestii jak: sojusz Rzplitej z Niemcami hitlerowskimi w ramach paktu antykominternowskiego (za Studnickim), nacjonalizm, problem żydowski w Polsce, stosunek do komunistów. O takich ludziach nie pisze się artykułów; o takich ludziach gruba książka będzie za cienka. Chcąc zmieścić to wszystko w dłuższy nawet artykuł jesteśmy zmuszeni pisać na sucho, tj. data – wydarzenie, do czego czujemy wstręt. Dlatego poruszyłem dwie ciekawe sprawy z życia i publicystyki Cata gwoli wspomnienia i nakierowania Czytelnika. Tu moja rola się kończy, zaczyna się, miejmy nadzieję, bezpośredni kontakt Czytelnika z wileńskim publicystą.

***

18-tego lutego mija 44 lat od śmierci Stanisława Cata-Mackiewicza, żubra wileńskiego, monarchisty polskiego, realisty politycznego, „genialnego dyletanta”.

Quand même

Poprawność polityczna w kontekście „antysemityzmu”

Luty 11, 2010

Kwestia wrogości wobec Żydów niezmiennie pojawia się w mediach czy  literaturze.  Problematyka postaw antyżydowskich jest niezwykle eksponowana, co może być częściowo zrozumiałe ze względu na tragedię Zagłady Żydów w czasie II Wojny Światowej. Wszelkie przejawy wrogości wobec narodu żydowskiego są publicznie napiętnowane, zaś ludzie wypowiadający antyżydowskie sądy nie mogą liczyć na przychylność większości mediów, a przez to także opinii publicznej. Na dodatek, odnieść można wrażenie, że wszelkie żarty bądź satyry z tej nacji, mogą również narazić pomysłodawcę na zarzut „antysemityzmu”. Trzeba zadać w tym wypadku kilka pytań. Pierwszym jest więc pytanie o to czy równie wielkie potępienie doświadczalne jest przez osoby formułujące opinie skierowane przeciwko innym narodom, np. Niemcom, Rosjanom czy Anglikom? Tak jak doświadczalne jest przez osoby wydające opinie skierowane przeciwko Żydom.

Patrząc na antyrosyjski ton wypowiedzi niektórych polityków, widzi się, iż nie jest to specjalnie napiętnowane, a nawet niekiedy nagradzane przez media i opinię publiczną. Podobnie rzecz ma się z wypowiedziami skierowanymi przeciwko Niemcom lub Anglikom (choć akurat wobec Anglików w naszym kraju są relatywnie rzadkie). Oczywiście wiele takich wypowiedzi może zawierać prawdziwość czy nieść za sobą słuszność w postaci walki o historyczne prawdy, jednak fakt faktem, że nie spotyka się to z tak dużym potępieniem ze strony mediów, jak wypowiedzi kierowane przeciwko Żydom bądź pewnym grupom oraz organizacjom wywodzącym się z tego narodu. Co więcej, łatwo nabyć opinię, iż wypowiedzi bądź opinie skierowane przeciwko samym Polakom, są w samej Polsce bardziej tolerowane przez środki masowego przekazu, niż negatywne stanowiska względem Żydów. Przykładem może być nie tak dawny wywiad Aliny Całej w Rzeczpospolitej, który zawiera przekłamania, żeby nie powiedzieć bezczelne bzdury, dające się łatwo obalić. Choć nie będę się tutaj oczywiście skupiał nad zwyczajnie głupimi  „mądrościami” pani Całej, to nie chcę być gołosłownym więc podam przykład. W owym wywiadzie pada sformułowanie:

Spójrzmy na problem ratowania Żydów podczas Zagłady. Polak, który przed wojną był bombardowany kościelną i endecką agitacją antysemicką, musiał mieć rozterki, czy ratowanie Żydów jest moralne.

Jest to totalna ignorancja faktów historycznych bądź świadome ich przekłamywanie. Wśród ludzi ratujących Żydów było wielu działaczy organizacji nacjonalistycznych, w okresie międzywojennym formułujących sądy jawnie antyżydowskie, jak choćby jedna z czołowych postaci ruchów narodowo-radykalnych – Jan Mosdorf, zaś sama Armia Krajowa składała się z wielu narodowców, co nie przeszkadzało aktywnie działać na rzecz ratowania Żydów przed Zagładą z rąk Niemców. Podobnie obarczanie polskich nacjonalistów moralną odpowiedzialnością za niektóre przypadki wydawania Żydów Gestapo przez kolaborantów, są niewątpliwie bzdurne. Polski nacjonalizm nigdy nie był budowany wokół rasizmu i przekonania o wyższości własnej nacji nad wszelkimi innymi, tak jak nacjonalizm niemiecki, mający wybitnie szowinistyczny charakter, i to nie tylko w wypadku nazizmu. Toteż trudno uznać polski nacjonalizm za główny powód wydawania Żydów przez niektórych Polaków. W końcu warto podkreślić, który naród ma na swoim koncie zdecydowanie najwięcej uratowanych Żydów od Zagłądy. Tym narodem są Polacy. Tyle w ramach małej dygresji.

Tutaj muszę jednak wytłumaczyć się z celowości stosowania dygresji. Wyznaję filozofię, że prosta, choć nie za częsta, dygresja pozwala lepiej zobrazować czytelnikowi sytuację i podeprzeć tezy autora pracy niż żmudne operowanie „bezbarwnym” językiem naukowym.

Kolejnym przykładem poprawności politycznej w kontekście problematyki żydowskiej, jest pewne eksponowanie starań o serdeczne stosunki z narodem żydowskim oraz religią żydowską, co jest zdecydowanie nierównomierne względem pomyślnych stosunków z innymi nacjami czy innymi religiami (niż dominujący w Polsce katolicyzm). Przykładem jest udział Prezydenta RP w uroczystościach chanukowych w synagodze. Oczywiście, Prezydent  ma prawo decydować o tym komu wyraża swój szacunek poprzez obecność na tak ważnej uroczystości, jednak uczciwość i równe traktowanie innych mniejszości religijnych przez Pana Prezydenta, kazałoby aby w równy sposób nasza Głowa Państwa uczciła ważne święta liczniejszych niż żydzi mniejszości religijnych w Polsce, np. prawosławnych, luteran czy grekokatolików. Pomimo to, Prezydent postanowił uhonorować akurat wyznawców judaizmu. To doprowadziło do wydania tak ostrych sądów jak wypowiedź na ten temat prof. Wolniewicza (dostępna na youtube), z którą można polemizować co do jej treści, formy czy zawartych w niej kontrowersyjnych opinii, jednak, przynajmniej moim zdaniem, niepodobna jej zarzucić  antyżydowskiego charakteru. Choć sądzę, iż wielu publicystów łatwo, wyrywając z kontekstu wypowiedź prof. Wolniewicza, przykleiłoby mu łatkę „antysemity”.

Również zastanawia mnie fakt, że zarówno nasz Prezydent jak i Premier odwiedzili w swoich podróżach zagranicznych Izrael, oraz zdecydowali się założyć oznakę żydowskiej religijności – jarmułkę  i odwiedzić Ścianę Płaczu, symbol dominującej religii w Izraelu. Nie przypominam sobie aby w podobny sposób uhonorowano np. Serbów, Rumunów, Węgrów, Estończyków, Słowaków czy Łotyszy, zaś sądzę, iż ze strategicznego punktu widzenia te dosyć bliskie nam Państwa są dla nas istotniejsze niż Izrael, co więcej w części z tych Państwa nie było jeszcze ani obecnego Prezydenta, ani Premiera.

Chciałbym tutaj zatrzymać się na moment i wskazać czemu służą powyższe przykłady. Być może dla niektórych osób, które miałyby okazję poznać się z moim wywodem, jawiłbym się jako „antysemita” szukający wszędzie żydowskich spisków. Tego jednak nie zamierzam czynić, wskazuję zaś pewne przykłady nierówności traktowania Żydów a innych nacji, oraz wyznawców judaizmu a wyznawców innych religii, na przykładzie naszego kraju. W „demokratycznym państwie” życzyłbym wszystkim aby stosowano równe miary wobec wszystkich nacji, lub w przypadku niemożności spełnienia takiego życzenie (co zresztą przyznaję) dążenia do tego.

Powszechnie można spotkać się z opiniami, że nacjonalizm prowadzi do szowinizmu, dalej do rasizmu, w końcu do zachowań jawnie nazistowskich. Jest to myślenie tkwiące w umysłach wielu ludzi. Nie nacjonalizm jest tematem mojej pracy, i nie mam zamiaru czynić tutaj wykładu o różnych typach nacjonalizmu (nacjonalizm liberalny, nacjonalizm konserwatywny, nacjonalizm antykolonialny, nacjonalizm niepodległościowy itd.), przyjmijmy więc, że nacjonalizm rozumieć w moim wywodzie będzie się jako solidarność narodową, walkę o „dobro narodowe” i wolę walki z innymi nacjami w imię tego „dobra”.

Nacjonalizm polski jest powszechnie oceniany przez pryzmat ostatniego dwudziestolecia, czyli środowiska o. Tadeusza Rydzyka, polityki Andrzeja Leppera czy publikacji Leszka Bubla, choć wątpię czy któryś z tych panów przeczytał jakiekolwiek publikacje głównych myślicieli ideologii narodowej, chyba, że za takich uważają się oni sami. Niekiedy nawiązuje się również do międzywojennej tradycji Narodowej Demokracji, czy ruchów narodowo-radykalnych. Z pewnością polski nacjonalizm okresu międzywojennego zawierał antyżydowskie elementy, choć jak już pisałem, nigdy nie w takim kontekście jak nacjonalizm niemiecki.  Poprzez pryzmat tego „antysemityzmu” ocenia się m.in. postać Romana Dmowskiego, niewątpliwie cechującego się owym „antysemityzmem”, jednak jednocześnie personą niezwykle zasłużoną dla odzyskania przez Polskę niepodległości. W każdym razie, fakt negatywnego stosunku wobec Żydów staje się dla niektórych ludzi (m.in wspomnianej już pani Całej protestującej kilka lat temu przeciwko odsłonięciu pomnika Dmowskiego w Warszawie) powodem aby przekreślać tą znakomitą osobistość z grona ludzi wybitnie zasłużonych. Ciekawe, że nikt nie myśli o przekreślaniu czyjegoś dorobku z powodu jego wrogiego stosunku względem Rosjan czy Niemców. Oczywiście można nie zgadzać się z pewnymi tezami Romana Dmowskiego, jakkolwiek fakt wrogości do pewnej nacji na pewno nie jest dla powodem aby negować Dmowskiego jako męża stanu, którym niewątpliwie był.

Skoro jednak uznaje się w pewnych kręgach, iż nacjonalizm prowadzi do tak zgubnych skutków, zaś ludzie wrodzy wobec innych nacji, powinni być bezwzględnie skreśleni z listy zasłużonych, bez względu na ich dokonania, to spójrzmy na problematykę Syjonizmu i państwa Izrael powstałego dzięki tej ideologii.

Ideologia syjonistyczna, zapoczątkowana przez węgierskiego Żyda Teodora Herzla, ma niewątpliwie charakter nie tylko nacjonalistyczny ale wręcz szowinistyczny. Zakładała ona konieczność stworzenia państwa żydowskiego w Palestynie, kosztem innych ludów ją zamieszkujących. W trakcie walki o utworzenie państwa żydowskiego, Żydzi posługiwali się terrorystycznymi organizacjami jak Haganah czy Irgun. Były one odpowiedzialne za masakry w arabskich wioskach, w których poważny udział miał m.in. późniejszy premier Izraela Manachem Begin. Ostatecznie członkowie tych organizacji weszli w skład formującej się izraelskiej armii.

Wojny arabsko-żydowskie w XX wieku przedstawiane są zwykle jako wojnę broniących swojej niepodległości Żydów z agresywnymi Arabami. Podobnie Palestyńczycy przedstawiani są jako banda terrorystów wysadzających się w autobusach pełnych dzieci. Oczywiście nie sposób odrzucić okrucieństwa aktów terrorystycznych ze strony terrorystycznych organizacji palestyńskich. Warto zaś skupić się nad przyczynowością takich zachowań. Palestyńczycy przez państwo żydowskie traktowani są jako ludzie drugiej kategorii. Miasta palestyńskie są otaczane szczelnymi murami, bądź innymi zaporami tworząc tym samym getta. Możliwość rozwoju gospodarczego dla mieszkańców tych gett jest bardzo ograniczona, na dodatek wysoki przyrost naturalny sprawia, iż miasta palestyńskie są mocno przeludnione. Brak perspektyw sprzyja terroryzmowi.

Nie tylko Palestyńczykom dzieje się krzywda. W Izraelu obowiązującą religią jest judaizm. Obywatel Izraela decydujący się przejść na chrześcijaństwo musi zmierzyć się z ostracyzmem społecznym, oraz niemożnością sprawowania funkcji w aparacie państwowym Izraela. Czy tak wygląda tolerancja i demokracja? Państwo Izrael podobno jest państwem demokratycznym. Niestety widać nie stosuje się jednak do „standardów demokratycznych” i poszanowania praw człowieka. Poza niektórymi raportami organizacji międzynarodowych, słabo znanych przeciętnemu człowiekowi, współczesny Izrael przedstawia się w mediach pozytywnie, niemal jak przyczółek cywilizacji zachodniej i demokracji na Bliskim Wschodzie. Syjonizm zaś, ideologię nie tylko nacjonalistyczną, lecz nawet szowinistyczną, określa się jako „tęsknotę Żydów” za Syjonem i Jeruzalem. Uszczypliwie muszę zauważyć, iż od zburzenia Świątyni Jerozolimskiej w I w.n.e., trudno było tam znaleźć zwarte skupiska ludności żydowskiej, zaś przez ponad 1000 lat ziemie te zamieszkiwane były głównie przez ludność arabską. Mimo to, nic nie stoi na przeszkodzie wielu środowiskom medialnym ażeby przedstawiać syjonizm w sensie  pozytywnym. Mimo, że zaowocował utratą życia przez wielu Palestyńczyków, zmuszonych ustąpić przed osadnikami żydowskimi. I według wielu, to wcale nie jest szowinizm.

Michał Kowalczyk

Manipulacja „prawami człowieka”

Luty 7, 2010

Nie jestem miłośnikiem „praw człowieka”. Może dlatego, że podobnie, jak „tolerancja”, czy „demokracja” pojęcie to zostało zawłaszczone przez grupę lewicowych ideologów, która wykorzystując zarzut o nie respektowanie lub zagrażanie wspomnianym wartościom, prowadzi walkę polityczną. Ci, z których ust nie schodzą wspomniane pojęcia zapominają lub nie chcą pamiętać, co one pierwotnie oznaczały i czemu miały służyć. Zapominają, że demokracja to sposób wybierania władzy, a nie ideologia, bliska socjal-liberalizmowi (rozumianemu, jako „dyktatura biurokracji” w gospodarce i „dyktatura rozwiązłości” w sprawach obyczajowych). Zapominają, że demokracja to nie jest żadne przeciwieństwo totalitaryzmu, bo to pojęcia z innej sfery – totalitaryzm to sposób sprawowania władzy, a demokracja – sposób jej wybierania. Co więcej, demokracja może do totalitaryzmu prowadzić (Adolf Hitler w 1933 roku wygrał demokratyczne wybory!). Zapominają też, że demokracja w Polsce może doprowadzić do rządów PiS-u i LPR-u i partie te mają demokratyczny mandat do sprawowania władzy, tak samo jak PO, czy SLD. Zapominają również, że tolerancja oznacza stworzenie możliwości wypowiadania słów, których nie chcemy słyszeć. Nie chcą pamiętać, że tolerancja to nie tylko akceptacja parad homoseksualnych, ale też marszów ONR-u, czy wartości, przekazywanych przez Kościół katolicki. Że „nietolerancją” jest nie tylko krytyka libertyńskich obyczajów, ale też posyłanie za kraty ludzi, którzy głoszą, że Holocaustu nie było. Słowem – zapominają, że jeżeli chcą być tolerancyjni i akceptować inne poglądy w sferze publicznej, to nie mogą tego ograniczać do akceptacji poglądów, które są im bliskie. Znaczenie „praw człowieka” zostało również istotnie zniekształcone. Wskutek działań lewicowych ideologów obecnie prawa te mają za zadanie na jak największych obszarach terytorialnych wpływać na egzekwowanie jak największej ilości tożsamych postaw. A więc – niejako kształtować „nowego człowieka” – tolerancyjnego, oświeconego, wyzbytego homofobii, traktującego inne narody jednakowo itd. Występuję przeciwko takim „prawom człowieka”, gdyż uznaję, że nie ma takiego „człowieka”. Istnieje jedynie człowiek, ukształtowany w określonej kulturze, który powinien podlegać prawu, wynikającemu z norm w tej kulturze respektowanych. Każda kultura jest inna i w każdej kulturze „prawa człowieka” są czym innym. Normy kulturowe, panujące w Holandii pozwoliły na prawne usankcjonowanie związków homoseksualnych, zaś normy kulturowe, panujące w Polsce na to nie pozwalają. I nie można w imię „praw człowieka” tych norm kulturowych naruszać. „Prawa człowieka” mogę zaakceptować jedynie, gdy ich respektowanie jest sprowadzone do kilku elementarnych norm, którym podlegają wszyscy ludzie. Mogę je poprzeć, jeśli nie służą egzekwowaniu wartości „prawicowych” (tzn. nie prowadzą do egzekwowania w każdym państwie kary śmierci) ani „lewicowych” (tzn. nie prowadzą do egzekwowania w każdym państwie wprowadzania związków homoseksualnych), ale tych elementarnych, właściwych niemal każdemu człowiekowi i każdej kulturze. Czyli – jestem gotów przyjąć, że ogół ludzi potępia mordowanie, czy niszczenie psychiczne niewinnych jednostek. Ale już nie jestem gotów przyjąć, że ogół ludzi potępia aborcję, zezwala na karę śmierci albo zezwala na aborcję lub potępia karę śmierci. To już kwestie, które wynikają z kultury, zbyt szczegółowe, by egzekwować je ogólnie obowiązującymi przepisami. Niestety, „prawa człowieka” nie służą obecnie egzekwowaniu sprawiedliwości i karaniu np. byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, ale dążeniom do wprowadzenia w każdym państwie podobnych zasad moralnych albo do obrony owych esbeków i głoszenia, że skazywanie tych „starych, schorowanych nieraz ludzi” to łamanie „praw człowieka”. Nie baczy się na fakt, że ci „starzy, schorowani ludzie”, gdy byli młodymi, silnymi chłopami przypalali podczas przesłuchań papierosami w okolicach oczu, łamali palce, czy od czasu do czasu, niespodziewanie dźgali końcówką parasolki. Nie przestępców, nie podejrzanych. Niewinnych ludzi! Łamali pewne uniwersalne normy, lecz teraz to oni, w imię „praw człowieka” są brani w obronę. Wypominanie „łamania praw człowieka” jest również stosowane niezwykle wybiórczo i podyktowane interesem polityczno-gospodarczym. Np. przez bardzo długi czas wspomniani ideologowie milczeli o „łamaniu praw człowieka” w Chinach, jednocześnie nieustannie przypominając o „łamaniu praw człowieka” na Białorusi, czy organizując różne koncerty typu „Wolna Białoruś”. Dlaczego? Bo na kontaktach z Chinami można było zbić niemały kapitał, zaś na kontaktach z Białorusią już nie. W imię „praw człowieka” mówi się także o „walce o demokrację” w Rosji, wypomina się Rosjanom niedostatek demokracji itp. Tymczasem, po pierwsze, naród rosyjski jest ukształtowany w kompletnie innej kulturze, niż ta, którą chcą narzucić ideologowie. Jak czytałem, w przeprowadzonym sondażu, 91% ankietowanych Rosjan stwierdziło, że wyżej ceni sobie „bezpieczeństwo” niż „wolność”, zaś 74% tęskni za czasami ZSRR (dane przytoczone w książce „Totalitaryzm a zachodnia tradycja”). Rosjanie nigdy nie kochali demokracji i nigdy prawdziwej demokracji nie mieli. Może się to nam nie podobać, ale czemu mamy im tą demokrację narzucać? Po drugie, ten niedostatek demokracji jest dowodem na „nieposzanowanie praw człowieka”, gdy przeciwnicy Miedwiediewa nie otrzymują odpowiedniej ilości czasu w telewizji podczas kampanii wyborczej w Rosji, ale gdy Unia Europejska grozi bojkotem Austrii, gdy znaczącą rolę zaczyna odgrywać tam nie lubiany polityk (Jorg Haider) – jest dowodem na obronę „praw człowieka” przed nacjonalizmem i faszyzmem. Podsumowując, „prawa człowieka” mają sens jedynie jeśli ich treść nie jest długa, jak polska Konstytucja, ale krótka, jak Dekalog oraz jeśli ich egzekwowanie nie służy realizacji interesu ideologów, ale uczciwemu przestrzeganiu odwiecznych i powszechnych norm.

Kawałek o obłudzie prawoczłowieczych bojowników nagrał Tede – „Made in China”

Jacek Tomczak