Archiwum dla Styczeń 2010

O kulcie młodości

Styczeń 28, 2010

Frazesy streszczające się w zdaniu: „ach, ta dzisiejsza młodzież” wypowiadano zapewne zawsze i zawsze część ludzi starszych, dojrzalszych narzekała na młodszych i mniej dojrzałych. Tyle, że o ile kiedyś taka formułka wydawała się pewnym rytuałem, nie kryła się za nią głębsza treść, stanowiła coś w rodzaju narzekania, że w zimie jest zimno, to teraz zdaje się bardziej uzasadniona. Dywagując o upadku obyczajów dzisiejszej młodzieży trzeba – oczywista oczywistość – widzieć tło, szerszy kontekst.

Moim zdaniem upadek bierze się paradoksalnie z nachalnego kultu młodości, który widzimy w mass-mediach i ekspozyturach popkultury, gdzie mamy do czynienia z ludźmi znanymi głównie z tego, że są znani. Naciągnięte do absurdu hasło „chwytaj dzień” prowadzi do odcięcia się od przeszłości, wyjałowienia z jakichkolwiek wyższych wartości. Promowanie namiętności zamiast zdrowego rozsądku, zaspokajania popędów zamiast uduchowienia, „bycia sobą” zamiast „bycia kimś” (nawiasem – o owe promowanie „bycia sobą” już przedwojenna polska inteligencja miała pretensje do Gombrowicza) jest swoistym apelem do zwierzęcych instynktów człowieka.

Siłą rzeczy młody, rozwijający się człowiek stanowi pustą kartę, którą ktoś musi zapisać. Istnieje dużo większa szansa, że kimś takim będzie Kuba Wojewódzki niż ktoś uznający inny, złożony z wyższych wartości kodeks zasad. Po prostu treści z tym podobnych programów, artykuły z gazet typu „Bravo”, pełne opowieści „zwariowanych nastolatek” o swoim pierwszym razie łatwiej się przyswaja. A to że treści takie, przez możliwość ich błyskawicznego rozprzestrzeniania są w dobie telewizji i Internetu, szczególnie oddziałują na młodzież jest banałem. Należało by jeszcze wspomnieć o prostym mechanizmie promowania w mediach określonych postaw. Parkinson napisał kiedyś, radząc jak zabłysnąć w towarzystwie, że opowiadając o grze na automatach nie należy kłaść nacisku na to, czy się przegrało czy wygrało, ważne jest natomiast czy wspomina się o sumach małych czy dużych. Trochę tak jest z nachalnym pokazywaniem filmików z uczniami nakładającymi nauczycielowi kosz na głowę w roli głównej. Oczywiście, towarzyszy temu medialne oburzenie, jednak tak się dziwnie składa, że mimo tego powszechnego potępienia przez dyżurne autorytety liczba takich przypadków nie spada.

Kult młodości zakłada życie szybkie, niekoniecznie brane na serio, wyznacznikiem oryginalności dla jego propagatorów jest bezmyślne gonienie za stadem, dopasowanie do schematu. Sprawia, że ludzie nie potrafią dorosnąć, są zdziecinniali, toteż nie wyrabiają w sobie odpowiedzialności.

Kult młodości jest kompatybilny za tendencją odwrotną, tzn. gdy dorośli nie chcą dorosnąć, młodzież chce dorosnąć coraz szybciej. Stąd bardzo wczesne sięganie po używki i korzystanie z dobrodziejstw życia typowo dorosłego. Tu też dopatrywałbym się owego upadku obyczajów.

Upadek obyczajów części młodzieży działa trochę za zasadzie zamkniętego koła. Istnieje zjawisko, polegające na tworzeniu się wielkich stad młodzieży o zbliżonym i niskim poziomie intelektualnym. W takich środowiskach nie ma nikogo, kto mógłby dać impuls, by podchodzić do rzeczywistości w poważniejszy sposób, nie poddawać się upadkowi obyczajów. Co więcej, środowiska takie wewnętrznie utwierdzają się, że dla przyjętego przez nich modelu ‚cool trendy i na czasie’ nie ma alternatywy.

Jacek Tomczak

Dyskusja „Idea narodowa w Polsce po 1989 roku”

Styczeń 26, 2010

Zapraszamy na dyskusję wokół nowego numeru „Polityki Narodowej”. Jej przewodnim temat to „Epigoni, uzurpatorzy, spadkobiercy, kontynuatorzy. Idea narodowa w Polsce po 1989 roku”. Wspólnie spróbujemy przyjrzeć się jak próbowali się identyfikować ci, którzy nawiązywali do tradycji ruchu narodowego, jakie strategie uczestniczenia w życiu publicznym przyjmowali i co z tego wynikło. Spróbujemy poddać ostatnie dwudziestolecie „polityki narodowej” krytycznej ocenie i zastanowić się jakie są jej perspektywy na przyszłość.

W dyskusji udział wezmą przedstawiciele najmłodszego i średniego pokolenia działaczy:

Daniel Pawłowiec – politolog, członek redakcji „Polityki Narodowej”, prezes Fundacji Inicjatyw Polskich

Ireneusz Fryszkowski – politolog, dziennikarz, publicysta kwartalnika „Myśl.pl”, w latach 2006-2009 jego redaktor naczelny

Krzysztof Bosak – były parlamentarzysta, członek Rady Programowej TVP i prezes Fundacji Europa Media

Prowadzenie:

Konrad Bonisławski – prawnik, redaktor naczelny „Polityki Narodowej”

Czwartek, 28 stycznia 2010 – 18.30, ul. Nowogrodzka 44 m. 7 (piętro III)

Etyka chrześcijańska w działaniu

Styczeń 24, 2010

Chciałbym poczynić kilka pobieżnych uwag o etyce chrześcijańskiej, tym jak ją rozumiem i nad tym jak  wpływa ona na naszą cywilizację. Są to moje osobiste opinie, można się z nimi zgodzić lub nie, jeśli jednak zmuszą kogoś do pewnych refleksji czy przekażą jakąś ważną dla niego myśl, znaczyć to będzie iż mój wywód nie poszedł na marne.

W dzisiejszym, laicyzującym, się świecie termin „etyka chrześcijańska” wydaje się być co najmniej niepoprawny politycznie. Owa poprawność nakazuje aby unikać w przestrzeni debaty publicznej sformułowań religijnych, zwłaszcza spod znaku Krzyża. Nieliczne okazje do cieplejszego wyrażania się o chrześcijaństwie, jak Święta Bożego Narodzenia, nie zmieniają fatalnego stanu rzeczy. Prostactwo i głupota antyreligijnych postaw jest, niestety, powszechnie nobilitowana. Przykładów jest wiele, jak choćby ostatni spór o krzyże w szkole czy obrażanie symboli wiary chrystusowej przez wielu „artystów” i tzw. wolnomyślicieli.

Można przyjmować boskość Chrystusa, lub nie. W wielu przypadkach wynika to z naszego wychowania i wartości nabytych w najmłodszych latach. Jednak nawet najbardziej bojowo nastawieni ateiści (czy innowiercy) muszą się zgodzić, iż Jezus Chrystus był najważniejszym człowiekiem w dziejach ludzkości, zaś jego nauki wywarły przeogromny wpływ na dzieje Świata i ludzką moralność. Pod tym względem nawet najwybitniejsi filozofowie starożytności – Sokrates czy Platon – nie mogą równać się z Chrystusem, gdy idzie o moc oddziaływania na współczesnych. Co więc należy rozumieć jako główne znaczenie nauk Jezusa Chrystusa? Przede wszystkim, naukę o miłości bliźniego, i co za tym idzie, współczucie wobec innych ludzi. Jest to klucz dla zrozumienia historii naszej cywilizacji, od czasów kiedy chrześcijaństwo głęboko zapuściło już korzenie, czyli od schyłku starożytności.

Nowożytni myśliciele, nawet ci o najbardziej antyreligijnym podejściu, kreślili swe idee już pod wpływem nauk chrystusowych. Tak jest i dziś. Różne ideologie odwołują się do pojęcia „sprawiedliwości społecznej”, która wiąże się nieustannie z uczuciem współczucia wobec drugiego człowieka. Oczywiście nie było i nie ma takiej ideologii, która konsekwentnie stosowałaby ewangeliczną miłość do bliźniego. Jednak brak również takiej – poza małym i tragicznym wyjątkiem, o czym niżej – doktryny, która nie nosiła w sobie chrystusowej inspiracji.

Owym wyjątkiem jest nazizm. Adolf Hitler był zdecydowanym wrogiem Chrystusa, jego liczne przemówienia pełne są nienawiści do chrześcijaństwa. Nic dziwnego, była to chyba jedyna znacząca ideologia czasów współczesnych, zbudowana wokół nienawiści do innych ludzi, niekiedy bazująca na pogaństwie. Nawet Marks, a potem Lenin, kreśląc swoje, utopijne i przykre w skutkach, wizje idealnego społeczeństwa, żyjącego w idealnym państwie bez podziałów, byli pod wpływem chrystusowej nauki miłości do bliźniego. Co więcej, także wśród XX-wiecznych marksistów istniały tendencje do udowadniania, że socjalistyczna utopia opiera się na ewangelicznych zasadach (widać to szczególnie w Ameryce Łacińskiej).

Z kolei, liberalny kapitalizm jest pod dużym wpływem protestanckiej etyki pracy, dobrze opisanej przez Maxa Webera. Nie jest moim celem zastanawiać się na słusznością czy niesłusznością reformacji, chcę tylko zaznaczyć, iż w liberalnym podejściu do jednostki i silnego akcentowania jej odpowiedzialności za swoje czyny, również można doszukać się chrystusowego natchnienia. Jak widać, ideologie nawet sobie zupełnie przeciwstawne mogą posiadać wenę zaczerpniętą z nauk Chrystusa. Czy więc państwo powinno stosować się do chrystusowej etyki?

Należy sobie tutaj zadać dwa pytania? Czy jest to wykonalne i co na ten temat powiedziałby sam Jezus Chrystus. Oczywiście, jako zwykły śmiertelnik nie śmiałbym wydawać jednoznacznych sądów w imieniu Jezusa, jednak mogę dopuścić się pewnych przypuszczeń.

Nie znam takiego państwa, w którym nauki Chrystusa byłyby jedynym wyznacznikiem działalności władzy. Jest to niewykonalne, z prostego powodu. Tym powodem jest ludzka natura, która skutecznie uniemożliwia spełnienie się nawet najbardziej szlachetnie brzmiących idei. Człowiek musiałby wyzbyć się takich atrybutów ludzkiej natury jak chciwość, pożądanie, żądza władzy czy egoizm. W praktyce jest to niewykonalne. Dlatego celem państwa jest poskromienie ludzkich namiętności, napiętnowanie bardziej szkodliwych, nagradzanie zaś tych pożytecznych społecznie.

Skoro znany jest nam cytat:  „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a Bogu co boskie”, możemy powiedzieć, iż Chrystus nie występował przeciwko państwu ziemskiemu, i respektował jego prawo. Prawo państwowe musi być  nade wszystko sprawiedliwe i skuteczne. Jeśli założymy, że kara śmierci jest najsprawiedliwszą i najskuteczniejszą karą dla mordercy, to przecież nie odmawiamy mu pokuty i chrystusowego przebaczenia. Natomiast respektujemy ziemskie prawo, którego dopuścił się złamania. Stąd jestem zdania, że głosy niektórych duchownych o niezgodności stosowania kary śmierci z etyką chrześcijańską, są lekkomyślną interpretacją nauk Chrystusa. Teologiem jednak nie jestem, spór o zgodność egzekwowania najwyższej kary wobec człowieka z etyką chrześcijańską, zostawiam zawodowym badaczom Pisma Świętego.

Główną kwestią na jakiej jednak chciałbym się skupić w moich rozważaniach, jest niewdzięczność współczesnej myśli politycznej wobec nauk chrystusowych, będących podstawą naszej cywilizacji, czy to się komuś podoba czy nie. Rozumiem, iż można być niepraktykującym czy niewierzącym, dla wielu ludzi brak namacalnej działalności „zjawisk nadprzyrodzonych” jest wystarczającym argumentem aby stać się, lub pozostać, ateistą. Nie zamierzam ani tego chwalić, ani potępiać.

Niezależnie od stosunku wobec religijności, trudno uznać za racjonalne, ślepy antyklerykalizm, charakterystyczny gównie dla środowisk lewicowych i liberalnych. Ów antyklerykalizm skupia się nie tylko na odrzuceniu istnienia Boga, uznając takiego stanowisko niemal za dogmat, lecz na podważaniu wszelkich wartości chrześcijańskich oraz symboliki związanej z wiarą chrześcijańską. Odrzuca się tradycyjny, chrześcijański model rodziny (mimo, iż jest niezwykle korzystny dla funkcjonowania i prawidłowego rozwoju społeczeństw), walczy się z krzyżami w szkołach czy urzędach, w końcu domaga się zamknięcia ust duchownym głoszącym nauki chrystusowe, jeśli tyczą się one spraw związanych z moralnością (vide. pederastia), jakoby „kler wtrącał się do polityki”, choć niepodobna stwierdzić, iż sprawy obyczajowe nie są ważnym elementem etyki chrześcijańskiej.

Można jednak, nawet w przypadku całkowitego braku wiary, przyjąć etykę chrześcijańską, uznając ją za korzystną dla społecznej egzystencji. Po pierwsze, ze względu na jej ludzki wymiar, miłość i współczucie wobec innego człowieka jest niepodważalnie czymś obiektywnie dobrym. Dawanie jałmużny (dobrowolne), dzielenie się z innym człowiekiem, wzmacnia ludzkie więzy i wprowadza solidarność społeczną, lepiej niż wszelkie interwencjonistyczne działania władz. Paradoksalnie, takie działania osłabiają poczucie wspólnoty człowieczeństwa między ludźmi. Jeśli czujemy, że państwo zabiera nam ponad miara, z plonów naszej pracy, będziemy skłonni występować przeciwko temu państwu, uchylając się na rozmaite sposoby od powinności wobec władzy. Toteż, kiedy państwo mówi nam, że dba o potrzebujących, to naturalnie czujemy mniejszą potrzebę ofiarności względem innych ludzi. W tym przypadku natura ludzka lepiej dostosuje się do etyki chrześcijańskiej niż do wymogów narzuconych przez władzę.

Po drugie, społeczeństwo, wraz z organizującym je Państwem, potrzebuje pewnej ideologii państwowej, czy inaczej ujmując, pewnego odnośnika w kwestiach spornych, np. obyczajowych. Między bajki włożyłbym hasła o „państwie neutralnym światopoglądowo” czy nieobciążonym żadną ideologią. Nie znam żadnego przypadku takiego bytu politycznego. Co warte uwagi, te państwa, które podkreślają swoją domniemaną „neutralność światopoglądową” są najbardziej agresywne i zaborcze w stosowaniu ideologii wobec swoich obywateli. Przykładem może być Związek Radziecki czy współczesna Szwecja, gdzie z humanizmu i swoistego socjalistycznego konwencjonalizmu zrobiono bóstwo, mające obowiązywać wszystkich bez wyjątku.

Jestem zdania, że etyka chrześcijańska, stojąca u podnóża naszej cywilizacji, będąc cywilizacją wolności i życia, poszanowania jednostki czy obrony słabszych, jest warta rozważenia jako podpora dla państwa w kwestiach spornych, zaś szacunek wobec wiary i symboliki chrześcijańskiej winien być cechą każdego szanującego się Europejczyka.

Michał Kowalczyk

Grzesiuk, konserwatyzm, komunizm

Styczeń 20, 2010

W ostatnim czasie skończyłem czytać drugą książkę Stanisława Grzesiuka. „Pięć lat kacetu” zrobiło na mnie nie mniejsze wrażenie niż „Boso ale w ostrogach” (do grzesiukowej trylogii doliczyć trzeba jeszcze „Na marginesie życia”). Jednocześnie dostrzegłem w sobie pewną sprzeczność.

Otóż, utożsamiając się poglądami – ogólnie rzecz biorąc – konserwatywnymi, czy prawicowymi, fascynuję się tym, co pisał człowiek od tych poglądów niesamowicie odległy, więcej – nie szczędzący pochwał pod adresem komunistów i krytycznych uwag wobec Kościoła (ten sam dylemat trapi co najmniej kilku moich znajomych). Będąc przekonanym, iż proste odrzucenie treści, które mi Grzesiuk przekazał byłoby pójściem na łatwiznę i wyrzekaniem się swych autentycznych, odruchowych odczuć, zacząłem zastanawiać się, jak do tego, co pisał mogę się ustosunkować. Początkowo przyszły mi na myśl dwa sposoby odczytywania Grzesiuka.

Stosując pierwszy można zgodzić się z całością przekazu, zawartego w jego książkach. Lecz wówczas nie sposób być dalej konserwatystą. Wszak przyjęte przez Grzesiuka założenie, że jeśli ktoś jest komunistą, to nie może mieć złego charakteru, jest dla konserwatysty nie do zaakceptowania.

Używając drugiego można czytać Grzesiuka wybiórczo, adaptując (i nieraz interpretując) do swoich poglądów te treści, które potrafiłyby te przekonania uzasadniać albo też byłyby z nimi zgodne. Ot, np. Grzesiuk kierował się zasadą „Skarżyć nie wolno, odegrać się wolno”. Należy sobie zadać pytanie, na ile to powiedzenie, zawierające niezwykle klarowne, nie pozostawiające żadnych wątpliwości przesłanie, może posłużyć do negatywnej oceny moralnych kwalifikacji wszelkich agentów. Mimo iż odnosiło się ono do zasad – nazwijmy to tak – blokowiskowo-podwórkowych, można wyciągnąć z niego taką konkluzję.

Powstaje jednak pytanie, czy wybieranie określonych treści z książek Grzesiuka nie jest wobec ich autora nieuczciwe i nie kryje za sobą zwyczajnej nieumiejętności zweryfikowania swoich przekonań.

Być może to zabrzmi, jak herezja, nie wiem, czy ktoś nie zarzuci mi stosowania logiki podobnej do tej, którą epatują obrońcy agentów (tzn. frazesy typu: „Trzeba zwrócić uwagę na całą złożoność sytuacji, kulturalny człowiek powinien powstrzymywać się od jednoznacznych osądów, zwłaszcza, że nie wiadomo, jak on sam postąpiłby w sytuacji, w której znalazł się tajny współpracownik”, niby intelektualne i rzeczowe, a w istocie mające na celu rehabilitację niezwykle niemoralnych postaci i ucieczkę od nazwania zła po imieniu), ale – w moim przekonaniu – zbyt skomplikowaną charakterologicznie postacią był Grzesiuk, zbyt wiele dylematów przyniosło mu życie, by można było zbyć go określeniem „komuch”, a książkę odstawić na półkę.

W jego przypadku (być może w niewielu innych) naprawdę interesujące są motywy, którymi się kierował, głosząc określone tezy i naprawdę inny efekt tych tez głoszenia, niż w przypadku większości apologetów tudzież adwokatów zbrodniczego systemu komunistycznego. Co oczywiście nie oznacza, że z treścią jego ocierających się o kwestie polityczne tez w jakikolwiek sposób się zgadzam.

Jednakże uważam, że dla konserwatysty, szanującego poszczególne wybory Grzesiuka problem przestaje być aż tak nieznośny po zdaniu sobie sprawy z kilku faktów.

Tak więc, Grzesiuk daleki było od uzasadniania swoich spostrzeżeń na gruncie intelektualnym, czy też wchodzenia w polityczne dysputy, czyniące go człowiekiem ideologicznie zaangażowanym.

Mimo iż nie wzbraniał się on przed stanowczym wyrażaniem poglądów, to po pierwsze, prawdopodobnie dlatego, że stanowczo robił niemal wszystko, taki już był jego charakter – uznawał prymat prostych zasad nad przeintelektualizowanymi wywodami, zaś po drugie – polityka, w tym również to, jaki ustrój powinien panować w Polsce nie stanowiło przedmiotu jego pogłębionej refleksji. Patrzył na to, jak pewnie na wszystko, przez pryzmat pewnych, wyuczonych na osiedlu zasad, a nie używanych w politycznych debatach argumentów. Może dlatego komunizm, głoszący hasła równościowe, wydał się mu, wychowanemu w duchu koleżeńskiej solidarności, czymś kuszącym? Mógł się wydawać, choć – rzecz jasna – z dzisiejszej perspektywy – musimy stwierdzić, że komunizm raczej upadł dzięki społecznej solidarności, aniżeli ją wywoływał.

Trzeba też podkreślić, iż Grzesiuk naprawdę w niektóre komunistyczne hasła wierzył i nie dostrzegał w nich instrumentu zniewolenia społeczeństwa. Dzisiaj można śmiać się z jego naiwności, lecz można też zwrócić uwagę na zasadniczą różnicę między postawą Grzesiuka, a działaniem wielu ludzi kultury, którzy doskonale wiedzieli, czym jest komunizm, jak wygląda rzeczywistość w ZSRS, a jednak pisali o niej nieprawdę. Pisząc wprost – służyli kłamstwu. Bo jak inaczej można nazwać „niezależnych obserwatorów”, którzy jeździli za wschodnią granicę i zaświadczali, iż byli w kraju mlekiem i miodem płynącym? Nie widzieli, co się dzieje z ZSRS? Myślę, że nie chcieli widzieć. Grzesiuk nie widział i nie wiedział.

Ilekroć w dzisiejszych czasach pisze się o młodzieńczej fascynacji systemem komunistycznym, występującej choćby u Wisławy Szymborskiej, czy Czesława Miłosza, wspomina się o uzasadnionej wierze w nadzieje i szanse, jakie ten system stwarzał. Nie baczy się choćby na postawę Zbigniewa Herberta, który natychmiast dostrzegł zło systemu (w filmie „Obywatel poeta” przedstawione są losy Herberta, który, ze względu na swą niezłomność i odmowę służenia systemowi, skazany był na niezwykle ciężką dolę, choćby dojeżdżanie tramwajem do domu jedynie z baru mlecznego, bo na dojazd do baru mlecznego już nie było go stać).

Herbert postawił zresztą ciekawą tezę, że popieranie systemu komunistycznego również w tym czasie nie wiązało się zazwyczaj z fascynacją komunizmem, gdyż system ów był wyzbyty z jakiejkolwiek interesujących idei. Brało się natomiast ze zwykłego serwilizmu i chęci poprawy warunków życia kosztem innych. Grzesiuk od jakiegokolwiek serwilizmu był jak najdalej, natomiast jego fascynację można zrozumieć bacząc na fakt, że – w przeciwieństwie do wspomnianych ludzi kultury – ani nie widział, jak wygląda rzeczywistość w ZSRS, ani nie miał (nie musiał mieć, bo nie stanowiło to przedmiotu jego pogłębionej refleksji) w sobie przenikliwości, która powinna cechować intelektualistę.

Zresztą, być może właśnie dlatego stworzył prostą dychotomię między Niemcami, od których doznał olbrzymich krzywd, przebywając 5 lat w trzech obozach koncentracyjnych, a komunistami, którzy – pojawiając się w obozach pod koniec wojny – nie sprawiali wrażenia kolejnych okupantów, a wyzwolicieli.

Należy również zrozumieć, że Grzesiuk, mimo iż w niemal każdej sytuacji życiowej potrafił stać z podniesioną głową, także w obozie koncentracyjnym, gdzie zajmował współwięźniów grą na mandolinie i śpiewaniem „warszawskich” piosenek, czy niemieckim więzieniu, gdzie wydrapywał na ścianie obelgi pod adresem tych, przez których tam się znalazł, rozumiał, że jego sytuacja materialna jest – oględnie pisząc – nie do pozazdroszczenia. Opisywał, jak cały tydzień kupował „na kartkę” w osiedlowym sklepiku, by oddawać pieniądze po otrzymaniu wypłaty. I tak na okrągło.

Powiązał to, zapewne niesłusznie, z systemem, w którym żył, systemem, w którym dużą rolę odgrywał Kościół. Wierzył, że gdyby system się zmienił, wraz z nim zmieniłaby się jego sytuacja materialna. Pewnie również niesłusznie. Grzesiuk przywiązany był do swoich kamienic i ferajny, więc wątpię, by w jakimkolwiek systemie porzucił je dla pracy przynoszącej mu znaczną poprawę społecznego usytuowania. Skazany był raczej, w dużej mierze na skutek własnych wyborów, na rolę kontestującego każdy system. Wobec powyższego – kto wie, czy gdyby urodził się w systemie odrzucającym religię nie stałby się apologetą Kościoła? Czy gdyby żył „za komuny” nie stałby się opozycjonistą?

Gdy czytam Grzesiuka takie pytania wcale nie wydają mi się absurdalne. On chyba w każdym systemie byłby mniej więcej podobnie sytuowany w społecznej hierarchii i w każdym chciałby radykalnej zmiany. Buntownik. Ale nie z tych, którzy kupują koszulki z Che w kapitalistycznym sklepie. Nie z tych, którzy przycinają się żyletkami, czy piszą do „Bravo”. Grzesiuk nie miał potrzeby wyszukiwania problemów. Za to potrafił się im przeciwstawiać.

Jacek Tomczak

„Jedną nogą w grobie” – Spotkanie z twórcami pierwszego komiksu o NSZ

Styczeń 19, 2010

Zapraszamy na prezentację pierwszego w Polsce komiksu o Narodowych Siłach Zbrojnych. Gośćmi spotkania będą Krzysztof Burdon i Sławomir Zajączkowski, autorzy scenariusza komiksu „Jedną nogą w grobie”.

Jak dotąd tematyka NSZ była tematem rzadko obecnym w popkulturze. Amię Krajową kojarzą wszyscy, a NSZ, drugą co do wielkości (po AK) organizację zbrojną w okupowanej Polsce – niewielu. Wspólnie z autorami spróbujemy odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego?

W trakcie spotkania do kupienia będą komiks „Pamiętamy. Biała Podlaska 1939-1945” oraz ostatni numer „Templum Novum” z komiksem „Jedną nogą w grobie”. Rysunki do komiksu wykonał Artur Suchan. Komiks liczy 39 czarno-białych stron. Fabuła opowiada historię grupki przyjaciół – oddziału NSZ kapitana Rury. Ma on za zadanie ocalić Skarb Narodowy. Akcja prowadzi bohaterów od Leśnej pod Białą Podlaską przez Warszawę aż w Góry Świętokrzyskie. Historia ta jest w 100% fikcyjna i w odróżnieniu np. od „Łupaszki. 1939” i innych historycznych komiksów na rynku, zmyślone są wszystkie postaci i ich przygody.

KRZYSZTOF BURDON (ur. 1969) – absolwent historii na Uniwersytecie Wrocławskim, założyciel Korporacji Akademickiej Magna Polonia Vratislaviensis. Współscenarzysta komiksu „Jedną nogą w grobie”.

SŁAWOMIR ZAJĄCZKOWSKI (ur. 1971) – publicysta, scenarzysta. Teksty o komiksach publikował w magazynach „AQQ” i „Templum Novum”. Autor scenariuszy do komiksów „Pamiętamy. Biała Podlaska 1939-1945”, „Łupaszka. 1939”, „Korfanty”, współscenarzysta komiksu „Jedną nogą w grobie”.

Środa (20.01.10), godz. 18.30, ul. NOWOGRODZKA 44/7

Władza kulturowa

Styczeń 14, 2010

Rzeczywistość promowana przez popkulturę to świat skrywanych uczuć, wstydu wobec autentyczności, wielkiej ucieczki od świata realnego. Maski tak bardzo przylgnęły do twarzy poszczególnych jej przedstawicieli, że oduczyli się oni bycia sobą, zatracili własną tożsamość na rzecz powielania schematów i działania pod dyktando oczekiwań. Nie mogą być sobą, bo to nie oni się sprzedają i są „na czasie”, lecz założone przez nich przebrania. Wszelkie programy rozrywkowe, czy te pokazywane w TVN czy w Polsacie czy praktycznie każdej telewizji są niemal identyczne, a ich forma jest drugorzędna wobec jedynie słusznej treści.

Mimo całej swej prostoty treść ta zyskuje naiwnych fanów, egzaltujących się kolejnymi jej wcieleniami. Naiwni fani oglądają ją, przez co sami stają się coraz głupsi. Im głupsi się stają, tym głupsza jest treść. Proces ogłupiania przez przesiąkanie komponentami popkultury jest niezwykle banalny, a jednak (a może – dzięki czemu) wciągający, jak wir rzeki.

Z głupiego człowieka łatwiej zrobić niewolnika i narzucić mu kodeks postaw. Metoda psa Pawłowa. Ta sama głupia uwaga ma wywołać ten sam bezmyślny podziw, ten sam rynsztokowy żart powinien spowodować identyczne zanoszenie się śmiechem, użyte setny raz słowo „zajebiste” ma po raz setny budzić podniecenie. Proste.

Artur, główny bohater „Tanga” Mrożka rzecze: „Tak długo byliście nonkonformistami, aż upadły wszelkie normy przeciwko którym można się buntować”.

Kultura została tak mocno dotknięta antykulturowym wirusem, że sama staje się antykulturą. Już nie przejawy antykultury są czymś oryginalnym, wręcz niespotykanym, ale elementy „kultury w kulturze”.

Na pytanie Kuby Wojewódzkiego, czy wolałaby zapalić skręta czy napić się wódki kolejna stara gwiazda odpowiada: „Jedno i drugie”. Czy mamy wciąż czuć szok, bo ktoś znany pochwalił się umiłowaniem frywolnych obyczajów? A może podziw dla gwiazdy, która – mimo iż znana i poważana– „zachowuje się jak normalny człowiek”? Czy efekciarstwo, połączone z autopromocją przez „bycie na luzie” nie jest wśród przedstawicieli popkultury tak szablonowe, że obecnie podziw wzbudziłoby coś kompletnie innego?

Jest szablonowe, tak samo jak szablonowe jest życie wg. rzekomo wyzwalającego hasła „Sex, drugs and rock and roll”. Promotorzy hasła, inżynierowie dusz, którzy w nieskończoność wmawiali masom, że taki rytm życia jest świadectwem bycia wolnym człowiekiem, w istocie zaprzeczali wolności. Jej istota polega bowiem na możliwości dokonania wyboru, zdolności zdecydowania się na jedną z wielu opcji, pluralizmie rozwiązań. Tymczasem hasło to narzuca jeden określony model życia.

Co więcej, stosowanie się do niego może prowadzić do zniewolenia. Wpada się w wir i czuje się, że inaczej już nie można. Zamyka się samemu sobie furtki do innych rozwiązań, przez co traci możliwość wycofania się.

Osiąganie różnych celów przynosi rozmaite efekty, różnorakie rodzaje satysfakcji. Stosowanie się do zaleceń akulturowych promotorów wspomnianego hasła zawsze kończy się tak samo. Krótkotrwała przyjemność i pustka, gdy przyjemność znika.

Oprócz wolności propagatorzy popkulturowych dogmatów obiecywali szczęście. Ale jakie to szczęście, skoro życie staje się do bólu powtarzalne? Nawet najbardziej przyjemna czynność, której nie towarzyszą inne doznania (przy tym kompatybilna z uczuciem, że do tych innych doznań droga jest zamknięta), staje się frustrująca.

W ten sposób popkultura, oplatająca masy ludzkie machina, wynosząca na ołtarze polegającą na bezgranicznym zaspokajaniu własnego ego wolność prowadzi do zniewolenia. Tak naprawdę w świecie popkultury nie możesz być wolny. Jeśli odstąpisz od roli powielacza, towarzystwo, w którym się obracasz lub któremu imponujesz odwróci wzrok. A ty zostaniesz sam, ze świadomością krętej drogi bez odwrotu.

Jacek Tomczak

Teologia wojny – spotkanie

Styczeń 11, 2010